Co różni media polskie i japońskie

Rafał Tomański*
opublikowano: 2011-04-14 11:40

Japoński prezenter pozwala sobie na emocje tylko w jednej sytuacji.

Przegląd nagłówków sprzed kilku dni: „Groźba eksplozji w Fukushimie - trwa paniczna akcja” (tymczasem japońska agencja Kyodo pisze w tym samym momencie: „Azot bez problemu wprowadzony do reaktora nr 1”); „Nagrania z trzęsienia ziemi. "Tajemnicze niebieskie światło"” (japońska stacja NHK rzeczowo tłumaczy źródło niebieskiego błysku – to wyładowanie na uszkodzonych podczas wstrząsu transformatorach); do tego jeszcze niedawno Fakt i Super Ekspress przygotowywały polskich czytelników na nadejście atomowej chmury. Zniechęceni szukaniem sensacji internauci nie przebierają w słowach na forach. Jeden z komentarzy doskonale opisuje skłonność naszych mediów do przesady, cytuję: nagłówek: Zagrożenie wybuchem / w tekście: niewielkie; nagłówek: mamy wielką obniżkę cen / w tekście: w USA; nagłówek: zbliża się katastrofa / w tekście: za 100 mil lat; nagłówek: wszyscy do schronów / w tekście: krzyczeli w czasie II WŚ; nagłówek: napromieniowana cała ziemia / w tekście: ale nieszkodliwie…


Kiedyś sam dostałem propozycję pracy od jednego z głównych portali – stanowisko redaktor serwisu wiadomości. Nikt nie chciał sprawdzać jakości pisania, miałem jedynie przygotować 5 przykładowych nagłówków, które by jak najbardziej przykuwały uwagę i zachęcały do kliknięcia. Liczy się tylko kliknięcie. W Japonii jest całkowicie inaczej.


Wystarczy chwilę włączyć sobie kanał NHK w Internecie, żeby wejść w całkowicie inny od naszego, telewizyjny świat. W studio specjaliści tłumaczą rozwój sytuacji w Fukushimie - wszystko na makietach jak z wystawy restauracji sushi. Dokładnie odwzorowane zniszczenia każdego z reaktorów na dioramie. W japońskiej telewizji nie ma zwyczaju pokazywania ogromnych infografik, blueboxów, jakie znamy z TVN24. Wszystko na tabliczkach, a prowadzący ma specjalny wskaźnik-strzałkę jak Adam Słodowy w swoich programach. Na materiale widzimy, że jeden z reaktorów jest polewany wodą z czerwonego wozu strażackiego? Na nowej makiecie w japońskiej telewizji jest już identyczny model sikawki, która gasi pożar w reaktorze nr 4. Na kolejnej planszy ekspert od atomu tłumaczy, że pojemnik z przegrzewającymi się prętami został odsłonięty i można go gasić z powietrza – trzyma w ręku przekrój poprzeczny takiego reaktora, który kojarzy się z widokiem Notre Dame czy Bazyliki Św. Piotra z przewodników Wiedzy i Życie.

Co różni media polskie i japońskieCo różni media polskie i japońskie


Następna relacja, tym razem o poziomach promieniowania. Tajemniczo brzmiące siwerty i bekerele (kolejny ekspert mówi, że ich przeliczanie jest bardzo, bardzo trudne), na planszy cząstki radioaktywne wnikają w ciało jak jakieś pasożyty. Po chwili jesteśmy na konferencji. Japońskie ministerstwo podnosi właśnie limity dawki promieniowania ze 100 do 250 milisiwertów dla pracowników ratujących Fukushimę. Pytanie: czy nie będzie to kosztem ich zdrowia? Odpowiedź: Nie, wierzymy, że takie dawki nie zaszkodzą ekipom ratunkowym. W studio czeka już specjalna plansza z dawkami promieniowania przyczepionymi do tekturki niczym magnesy do lodówki. Gdy TEPCO pompowało szkło wodne w jeden z przeciekających kanałów pod reaktorem nr 2, w studio NHK pokazywano jak ta nieznana substancja się zachowuje.  Wszystko na spokojnie, bez patosu i łapania się za głowę w stylu „olaboga”, tak bardzo typowego dla naszej telewizji.


Wiadomo, że trzęsienia ziemi nie można przewidzieć, ale NHK wiedziało, że ogromny kataklizm może któregoś dnia nawiedzić Japonię. Dlatego trzeba było być zawsze gotowym. 14 helikopterów, 67 wozów transmisyjnych i 460 kamer rozmieszczonych w różnych miejscach kraju. Do tego słynne japońskie systemy ostrzegania – sprzężone z meldunkami agencji prasowych. W razie kataklizmu wiadomość o zagrożeniu generowana jest automatycznie. Dane ze stacji sejsmograficznych są błyskawicznie przekazywane do systemu informacyjnego i komunikacja odbywa się tak sprawnie, że przeciętnie po kilku sekundach od zarejestrowania pierwszych wstrząsów, prowadzący na antenie może już podawać pierwsze komunikaty.

Tym razem też tak było. Zadziałał system ostrzegania przed trzęsieniem — już w 3 sekundy po pierwszych wstrząsach komunikaty pokazały się na ekranach telewizorów, komórek, a także w radiu. Sprawdził się wykrywacz tsunami — dzięki czujnikom umieszczonym na dnie można zarejestrować nawet maleńką falę o wysokości 1 cm, a co dopiero 10 metrów. Dzięki temu mieszkańcy zagrożonych terenów mieli 15 minut na ewakuację, ostrzeżenie dostali już w 9 minut po wstrząsach. Wszyscy wiedzieli, jak się zachować. Japończycy od dziecka są uczeni, że na każdy wstrząs składają się fale pierwotne i wtórne. Tłumaczy to się im na przykładzie dwóch postaci z kreskówki — małego zielonego P (od angielskiego primary, czyli pierwszy) i dużego różowego S (jak secondary — wtórny). Niszczycielski S przemieszcza się z prędkością 4 km/s i przychodzi z pewnym opóźnieniem po w miarę delikatnym P. W zależności od tego, jak daleko jest się od epicentrum, można wyliczyć sobie, ile zostało czasu do wielkiego uderzenia. I tak do Sendai (130 km) fale dotarły w 32 sekundy, Tokio (370 km od źródła) odczuło wstrząsy po około 90 sekundach.


Bo wiadomo, że nic działa tak skutecznie jak intuicyjne odtworzenie ruchów. Żeby móc zachować się jak automat, trzeba przećwiczyć wszystko dziesiątki razy na sucho. Właśnie dlatego takie próbne alarmy przeprowadzano codziennie po emisji ostatniego programu w tokijskiej centrali NHK. A ponieważ przezorny zawsze ubezpieczony, dla pewności ćwiczono to samo w biurze telewizji w Osace (na wypadek, gdyby oddział w stolicy został pozbawiony łączności). Szybka reakcja może przecież naprawdę uratować komuś życie. Pamiętacie przerażający obraz nadciągającego tsunami? Cały świat zobaczył je całkowicie live dzięki helikopterowi NHK. Kamerzysta NHK był zawsze na posterunku i dzięki temu śmigłowiec wystartował kilka minut po pierwszych wstrząsach. Wszystko działo się tak szybko i tak automatycznie, że ekipa, owszem, wystartowała, ale nie miała już, gdzie lądować, bo ogromna fala zamieniła w międzyczasie lotnisko w Sendai w kupę gruzu. 


Spokój japońskich mediów fascynuje wszystkich. Niedawno amerykański Washington Post przyjrzał się działaniom NHK dokładniej. Popytał zagranicznych korespondentów o ich odczucia odnośnie japońskiego dziennikarstwa. Steve Herman, reporter Voice of America, który transmisję z trzęsienia oglądał w Seulu, opowiada w Washington Post, że widział już niejedną relację z trzęsienia ziemi w Japonii, ale że nigdy nie zdarzyło się, żeby spikerowi NHK łamał się głos. To właśnie po tym zorientował się, że mamy do czynienia z prawdziwym kataklizmem. Prowadzący japońskiej telewizji zawsze relacjonują wszystko beznamiętnym tonem, rzeczowo, przy użyciu odpowiednich słów. Podczas relacji z trzęsienia nie mówi się „ogromny” ani „poważny”, unika się pochopnego oceniania sytuacji. Nawet, gdy kamera pokazuje słup dymu wydobywający się znad potrzaskanego budynku jednego z reaktorów w Fukushimie, ze studia słychać spokojny głos „słyszano odgłosy eksplozji”. Japońskie media są jak naukowcy, którzy bazują wyłącznie na tym, co można zmierzyć i ocenić. Nie ma miejsca na jałowe spekulacje. Szef stacji NHK, Tamaki Imai, jest świadomy odpowiedzialności, jaka spoczywa na informacyjnym medium. Doskonale wie, jak wiele może zależeć od rzetelnie przeprowadzonej relacji jego ekipy. „Zdajemy sobie sprawę, że możemy zapobiec dalszym wypadkom” mówi w wywiadzie dla korespondenta Washington Post, Akiko Yamamoto.


Po obrazach sunącego tsunami i drgających wieżowców przyszedł czas na relacje ze zniszczonych terenów. Japońskie kamery pokazywały jedynie gruz i potrzaskane domy. Żadnej histerii czy rozpaczających ludzi. Kilka dni po wstrząsach chińskie gazety pytały wprost: "gdzie są ciała?", nie mogąc zrozumieć, czemu nie pokazuje się ogromu tragedii. Tymczasem japońska telewizja nie pokazuje cierpienia, zmarłym należy się szacunek, nie szuka się taniej sensacji. Zamiast tego mogliśmy obejrzeć młodych ludzi, którzy w jednej z hal gimnastycznych przerobionej na tymczasowe schronienie przygotowywali ogromny napis „Nie poddamy się, liczy się życie!”. Albo historię dzielnego japońskiego psa, który doprowadził ratowników do swojego mniejszego kolegi – dla Japończyków było to bardzo symboliczne zdarzenie – od razu kojarzyło im się z pieskiem Hachiko, który czekał na swojego Pana prawie 10 lat w tym samym miejscu. W centrum dzielnicy Shibuya słynny piesek ma nawet swój pomnik, jest to popularne miejsce spotkań.


Japońskie media pozwalają sobie na pokazanie emocji tylko w jednej sytuacji. Gdy nadciąga zagrożenie i na monitorach ukazuje się informacja o głównych wstrząsach mających nadejść dosłownie za kilka sekund, japoński prezenter podnosi głos. Wtedy jest czas na szybkie, urywane komentarze, gardłowe dźwięki, mocniejszą artykulację. Ten komunikat musi być usłyszany, musi wybić się ponad pozostałe, usypiające i kojące swoją intonacją. Chodzi o ludzkie życie, nie ma miejsca na żarty.

* Rafał Tomański — z wykształcenia japonista (UW) i ekonomista (SGH), autor wydanej niedawno przez Muzę książki "Tatami kontra krzesła" poświęconej współczesnej Japonii i Japończykom