Co się dzieje w Narodowym Funduszu Zdrowia?

opublikowano: 2004-02-12 19:17

Gdy w środę, 8 października 2003 roku do centrali Narodowego Funduszu Zdrowia przy Grójeckiej w Warszawie dziarskim krokiem wkroczył płk Krzysztof Panas, nikt się nie spodziewał, że wraz z nim nadchodzą zmiany, o jakich nikomu w Gmachu się nie śniło.

Nominacja zaskoczyła wszystkich, bo kandydat nigdy nawet szeptem nie pojawiał się wśród przewidywań. Premier Miller wyciągnął go jednak z rękawa. Z zanadrza. Czy może z kieszeni...

Członkowie zarządu funduszu dowiedzieli się o nominacji z gazet. Ktoś próbował zasięgnąć języka o nowym pryncypale. Wieści z Łodzi, gdzie nowy szef był prezydentem miasta, były zatrważające.

Już nazajutrz na zebraniu zarządu w słowach godnych raczej koszarowego podoficera niż pułkownika zbeształ wiceprezesów, dając jasno do zrozumienia, że są finansowymi abnegatami i lichymi urzędnikami. Mocne wejście.

Trzeba było widzieć ich twarze: zdziwienie, zażenowanie, w końcu złość. Szacowni wiceprezesi, spece od finansów, administracji i zarządzania stali jak dzieci pod tablicą wspomina obecny podczas tej uroczystości.

Baczność!

Od tej pory praca w centrali NFZ przypominała służbę w pruskich koszarach. Bo nowy prezes zaprowadził taki dryl.

Po kilku dniach Panas zawezwał naczelników i dyrektorów. Prawie całe kierownictwo kilkadziesiąt osób czekało w sali konferencyjnej. Prezes przyszedł po kilkunastu minutach. Słowa przepraszam nikt nie usłyszał. Przez jakieś 5 minut rzucił kilka ogólników i wyszedł, a my zastanawialiśmy się, po co właściwie oderwał nas od pracy wspomina wysoki urzędnik funduszu.

Zebrania zarządu zwoływał często i nagle, dając dyrektorom, a czasem i wiceprezesom z kwadrans, by stawili się nie w sali zebrań, lecz przed drzwiami, gdzie w ordynku czekali na niego bywało i pół godziny.

Wiceprezes czy dyrektor nie miał właściwie swobody umawiania się na spotkania poza miejscem pracy. W każdej chwili mógł zadźwięczeć telefon z poleceniem, że za kilkanaście minut ma się stawić u prezesa. Chcąc nie chcąc, trzeba było przerwać spotkanie w pół zdania i gnać na rozkaz. Jeżeli ktoś spóźnił się choćby pół minuty, był besztany jak sztubak. Prezes nie miał w zwyczaju zapowiadać zebrań nawet z godzinnym wyprzedzeniem dodaje nasz informator, częsty bywalec narad w gabinecie bossa.

Zza drzwi gabinetu często dobiegał podniesiony głos szefa: Myślicie jak małpy, Wy się nie znacie!, Jesteście dyletantami, Pan się guzik zna na swojej robocie, więc nie jest tu potrzebny!. Dostawało się i dużym i małym, choć tym drugim mniej, bo rzadziej stykali się z prezesem. Im się nawet Panas z początku podobał, bo wydawał się konkretnym facetem, który ustawia pod ścianą dotychczas nietykalnych. Był w przeciwieństwie do poprzednich szefów zdecydowany. Podobał się do czasu, gdy się z nim sami nie zetknęli...

Poprzednicy Panasa przynajmniej dyskutowali, pytali, próbowali zrozumieć, byli otwarci na cudze opinie. Panas nie.

Przekonywanie? Argumenty? Bez skutku! Musiało być jak w wojsku: tam rozkazów się nie kwestionuje mówi nasze źródło.

Faktycznie styl pracy prezesa przypominał komenderowanie plutonem kadetów. Bywało, że mówił: problem jest taki a taki, proszę znaleźć rozwiązanie lub pieniądze. Albo pan to zrobi i za godzinę przyjdzie z pomysłem, albo proszę pisać rezygnację wspomina inny dostojnik funduszu.

Wezwania do rezygnacji stosował też przy innych okazjach. Ale ja uważam, że z tym zwalnianiem ludzi, to taka figura retoryczna. Odruch, by postraszyć, demonstrować władzę. Dla mnie już wręcz groteskowy dodaje jeden ze współpracowników prezesa.

Z początku krótko brałem na poważnie wezwania do dyskusji. Ale kiedy w sprawach bezpośrednio nie dotyczących moich kompetencji usłyszałem ostre słowa, bez merytorycznego rozważenia tego, co powiedziałem, dałem sobie spokój. I wyłączałem się całkowicie podczas takich obrad, koncentrując się tylko na tym, co mi podlega bezpośrednio. Zresztą... Niech sobie gada... Dramatem jest to, że przez te niezapowiedziane zebrania kompletnie dezorganizował mi pracę dzieli się z nami spostrzeżeniami ważna w NFZ figura.

Panas miał także w zwyczaju ściągać dyrektorów oddziałów terenowych funduszu na narady.

Spotykamy się, co najmniej dwa razy w miesiącu potwierdza Kazimierz Łukawiecki, dyrektor opolskiego oddziału NFZ.

Ludzie rzucają robotę i jadą do Warszawy z całej Polski na kilka godzin by wysłuchać kilku banałów i wracać dziwi się dyrektor jednego z oddziałów NFZ.

Po co przyjeżdżają, skoro dział informatyczny zakupił kosztowny sprzęt do prowadzenia wideokonferencji i telekonferencji z oddziałami?

Za krótki za długi

Specjaliści z poszczególnych dziedzin deklarują zgodnie: kiedy zatrudniali się w funduszu, potrzebowali co najmniej kilku tygodni, by jako tako się wciągnąć w skomplikowane zarządzanie finansowaniem służby zdrowia. Prezesowi brak merytorycznej wiedzy, dotyczący NFZ, nie przeszkadzał.

Nie podejmował merytorycznych dyskusji o dokumentach, które odrzucał. Jego poprzednicy, jeżeli z czymś się nie zgadzali, to uzasadniali dlaczego. A Panas co najwyżej burknął, że tekst jest za krótki lub za długi, albo że nie to słownictwo, nie ten język. Nie daj Boże, gdy ktoś zapytał, co właściwie jest nie tak? Wtedy krzyczał, że z nim się nie dyskutuje albo jak zwykle kazał pisać wymówienie mówi wysoko postawiony pracownik funduszu, a potwierdza to niemal tymi samymi słowami inny, też bynajmniej nie szeregowy pracownik.

Taki kuriozalny system sprawiał, że wiele dokumentów, spraw spadało z zarządu i przez tydzień lub dwa czekało na ponowne rozpatrzenie.

Dyrektorzy, a nawet wiceprezesi, z niechęcią i obawą odnosili się do stylu zarządzania Panasa, jego niewyparzonego języka, arogancji. Wielu pracowników funduszu przyjmowało postawę biernowyczekującą. Przetrzymam go powiadali sobie przecież ten koszmar nie może trwać wiecznie, wkrótce premier go odwoła. Ludzie narzekają na ciężką atmosferę: zero merytorycznych dyskusji z prezesem, ciche korytarzowe rozmowy i strach o posadę dały się im we znaki.

Zastraszenie. Zdecydowana większość nie akceptowała metod Panasa twierdzi jeden z hierarchów funduszu.

W funduszu pracuje mi się bardzo dobrze i nie mogę nic złego powiedzieć o panującej w nim atmosferze twierdzi wiceprezes Marek Kondracki.

Uśmiecha się i przeprasza, że nie może mówić, bo akurat nie jest sam.

Za poprzednich prezesów ludzie pracowali po godzinach, bo widzieli w tym sens. Teraz czekali tylko, by uciec do domu. Jak wiele można zepsuć w kilka miesięcy... sumuje pracownica NFZ.

Ale nie wszystkim jest źle.

Więcej w piątkowym „Pulsie Biznesu”. Cały artykuł mozna przeczytać również pod adresem http://www.pb.pl/redir/reportaz-panas2-pdf

Zapraszamy do lektury!

Poprzedni artykuł o dokonaniach Krzysztofa Panasa na stanowisku prezydenta Łodzi znaleźć można pod adresem http://www.pb.pl/content.aspx?sid=2289&id=272793.