Corhydron nie zabił Jelfy

Jarosław Królak
opublikowano: 2011-12-22 06:20

W głośnej aferze leku nikt nie będzie oskarżony. Sąd definitywnie zamknął śledztwo

Po ponad pięciu latach intensywnego śledztwa, przesłuchaniu 15 tysięcy świadków, zbadaniu 60 tysięcy fiolek podejrzanego leku prokuratura nie ma kogo oskarżyć w tzw. aferze corhydronowej. Również sąd nie dopatrzył się przestępstwa i potwierdził słuszność umorzenia śledztwa przeciwko pracownikom Jelfy Jelenia Góra.

— Nie ma dowodów na to, że osoby, którym postawiono zarzuty, dopuściły się przestępstwa. Dlatego oddaliliśmy zażalenie na decyzję prokuratury o umorzeniu śledztwa w tej sprawie. Umorzenie jest więc prawomocne — mówi „Pulsowi Biznesu” Robert Bednarczyk, przewodniczący III Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w Jeleniej Górze. Producent corhydronu nie odczuwa satysfakcji.

— Śledztwo ciągnęło się kilka lat. W firmie przeprowadzono mnóstwo kontroli, wstrzymywano nam produkcję. Byliśmy i jesteśmy jednym z najbardziej monitorowanych producentów leków w kraju. Wyciągnęliśmy wnioski z tej lekcji. Jednak corhydron obronił się na rynku i sprzedajemy go więcej niż w 2006 r., gdy wybuchła tzw. afera — mówi Marek Wójcikowski, prezes Jelfy Jelenia Góra.

Zbiorowa histeria

Jesień 2006 r. Krajem twardą ręką steruje premier Jarosław Kaczyński. U jego boku z misją rozbijania układów i ścigania afer stoi Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości i prokurator generalny. 8 listopada 2006 r. w mediach wybucha afera corhydronu, leku na astmę i alergię, produkowanego przez Jelfę Jelenia Góra. Zaczęło się od dwóch pacjentek szpitala w Siedlcach, u których po zaaplikowaniu corhydronu doszło do znacznego pogorszenia stanu zdrowia. Kontrolerzy zaczynają badać fiolki.

W jednej zamiast corhydronu znajdują zabójczą scolinę, powodującą szybkie wiotczenie mięśni (podobnie jak pavulon). Jeden z pacjentów, 75-letni mężczyzna, umiera po zażyciu skażonego medykamentu. Wybucha panika. Premier Jarosław Kaczyński wydaje decyzję o zamknięciu Jelfy i wstrzymaniu przez nią produkcji. Prokurator generalny Zbigniew Ziobro nakazuje wszczęcie śledztwa. Z rynku wycofano pół miliona fiolek corhydronu. Tak się zaczęła jedna z największych afer w polskiej farmacji. Przesłuchano aż 15 tysięcy świadków, zgromadzono ponad tysiąc tomów akt. W ciągu prawie czterech lat w krakowskim Instytucie Ekspertyz Sądowych (IES) przebadano 60 tysięcy fiolek podejrzanego medykamentu.

— Używaliśmy specjalistycznego sprzętu, który pozwalał na badanie corhydronu bez otwierania fiolek. Wystarczyło włożyć je do aparatu, by poznać ich skład. Koszty badań były spore. Pieniądze wyłożyło Ministerstwo Sprawiedliwości — mówi dr hab. Maria Kała, dyrektor krakowskiego IES.

Jeleniogórska Prokuratura Okręgowa, która zlecała badania, podała nam, że za ekspertyzy IES zapłaciła około 130 tys. zł. Na samo przechowywanie zabezpieczonych fiolek i badania stanu zdrowia 17 pokrzywdzonych pacjentów wydała 46 tys. zł. Z naszych informacji wynika, że całkowite koszty tego wielkiego śledztwa mogły iść nawet w miliony złotych. O swoich stratach wywołanych aferą Jelfa nie chce mówić.

Para w gwizdek

Niebezpieczną scolinę wykryto w 44 fiolkach corhydronu. Prokuratura postawiła dwóm pracownikom Jelfy zarzuty nieumyślnego wprowadzenia do obrotu leku niewłaściwej jakości.

Jednak nie zakończyło się to aktem oskarżenia. Pod koniec czerwca 2011 r. jeleniogórska Prokuratura Okręgowa umorzyła śledztwo.

— Nie ulega wątpliwości, że do pomieszania fiolek z corhydronem i scoliną doszło nieumyślnie w Jelfie Jelenia Góra. Jednak za proces produkcji odpowiedzialnych było kilkudziesięciu pracowników i nie było możliwości przypisania przestępstwa konkretnej osobie — wyjaśnia Marcin Zarówny, zastępca prokuratora okręgowego w Jeleniej Górze.

Na postanowienie o umorzeniu śledztwa zażalenie do sądu złożył jeden z pokrzywdzonych. Sąd skargę oddalił i zamknął temat.