Inwestor Wojtek: Co mi mówi PMI? I czego powiedzieć nie chce

Inwestor Wojtek
opublikowano: 2026-05-07 14:07

Dobry inwestor uczy się całe życie. A ponieważ zamierzam zostać dobrym inwestorem, to w maju postanowiłem dokształcić się ze wskaźników makroekonomicznych. Sprawdziłem, czy jeden z nich przyda się do określenia punktów zwrotnych na warszawskiej giełdzie.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- jak to możliwe, że wskaźnik PMI od lat sygnalizuje problemy w przemyśle, a polska giełda przeżywa hossę

- czy niski odczyt PMI to zawsze sygnał do sprzedaży akcji, czy może wręcz przeciwnie, zapowiedź dobrych okazji inwestycyjnych

- jakie konkretne poziomy wskaźnika PMI w przeszłości zapowiadały okazje do zakupu lub ostrzegały przed spadkami na giełdzie

- dlaczego drogi wskaźnika PMI i indeksu WIG rozeszły się w ostatnim roku i co to może oznaczać dla przyszłości rynku

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Na warsztat wziąłem pierwszy wskaźnik, jaki w maju został opublikowany dla Polski. Spojrzałem w kalendarium i znalazłem „indeks PMI dla przemysłu”. Coś już o nim słyszałem, niemniej szybko wrzuciłem do wyszukiwarki i dowiedziałem się, że „wskaźnik PMI (Purchasing Managers' Index), czyli Indeks Menedżerów Zakupów, to wskaźnik makroekonomiczny, który mierzy aktywność gospodarczą w sektorze przemysłowym.

Aha, czyli przemysł. To dobrze, bo w portfelu mam parę spółek z sektora wytwórczego. Zagoniłem do pracy mojego agenta AI, żeby sprawdził, z czym to się je i gdzie mogę tego piemaja znaleźć. Wyszło, ze PMI mierzy nastroje menedżerów odpowiadających za zakupy, czyli ludzi odpowiedzialnych za utrzymanie produkcji, zakupy materiałów i dostawy wyrobów gotowych. To powinni być ludzie, którzy o bieżącym biznesie spółki zapewne wiedzą więcej niż jej prezes.

Dobrze jest dopiero po pięćdziesiątce?

Odczyt PMI powyżej 50 pkt sygnalizuje dobrą koniunkturę w sektorze przemysłowym, zaś wyniki poniżej pięćdziesiątki to oznaka spadku aktywności ekonomicznej. Spojrzałem raz jeszcze na wynik za kwiecień: 48,8 pkt. Czyli że ponoć nie jest dobrze. No ale na GPW przecież mamy hossę, a w kwietniu WIG urósł o prawie 5 proc. i ustanowił nowy szczyt hossy. To w końcu jest źle, jak mówi PMI, czy dobrze, jak mówi WIG?

"Czy gdy PMI jest poniżej 50 pkt to trzeba sprzedawać akcje?" – zapytałem mojego pomocnika AI.

"Odczyt poniżej 50 pkt to sygnał ostrzegawczy, ale nie jest to automatyczny przycisk "sprzedaj". Giełda wycenia przyszłość, a PMI pokazuje sytuację bieżącą" – odpowiedział.

W tym momencie uznałem, że do gry musi wejść prawdziwa inteligencja, bo ta sztuczna chyba nie wie, o czym pisze. Szybko dotarłem do listy publikacji najnowszych PMI i odkryłem, że sporządzane są one także dla wielu innych krajów. W tym także dość egzotycznych z inwestycyjnego punktu widzenia np. Kataru, Egiptu, Tajlandii czy Kolumbii.

Był też raport dla Polski i to w dodatku także w polskiej wersji językowej.

"Inflacja kosztów produkcji i cen wyrobów gotowych gwałtownie przyspiesza, osiągając najwyższy poziom od pierwszej połowy 2022 r." – tak brzmiało pierwsze zdanie raportu sporządzanego przez S&P Global Market Intelligence (ładna nazwa, muszę przyznać).

Ale tyle to ja wiedziałem, przejeżdżając koło stacji benzynowej.

"Produkcja znów się kurczy w związku z malejącą liczbą nowych zamówień. Producenci przygotowują się na potencjalne niedobory, gromadząc zapasy surowców" – no to już jest coś dla mnie nowego.

Nie lubię, gdy produkcja się kurczy, bo to oznacza niższe przychody moich spółek i zapewne także niższe zyski. I niższy kurs akcji.

PMI a WIG. Czy coś z tego w ogóle wynika?

Jako że jestem wzrokowcem, od razu zerknąłem na załączony do raportu wykres. I zobaczyłem, że polski PMI w zasadzie od czterech lat tkwi poniżej 50 pkt. Czyli że w przemyśle jest źle, a w tym samym czasie na GPW mamy hossę, jakiej nie widziano od 20 lat. No to ja już nic nie rozumiem!

Ale jako inwestor z ponadrocznym stażem wiem już, że w inwestowaniu liczy się wytrwałość. Nie poddałem się zatem i szukałem dalej. Zrobiłem rzecz banalnie prostą: nałożyłem wykres PMI na wykres WIG-u. I tu wreszcie zaczęło być coś widać. Po pierwsze to, że polski PMI porusza się w zakresie 30-60 pkt, choć teoretycznie może przyjmować wartości od zera do stu. Po drugie, że wartości skrajne przytrafiają się bardzo rzadko. Przez poprzednie 20 lat tylko dwa razy (w 2008 i 2020) polski PMI znalazł się poniżej 40 punktów. I w obu przypadkach były to znakomite okazje do zakupu uprzednio mocno przecenionych akcji.

Po trzecie, można by nawet zaryzykować utworzenie reguły: kupuj akcje na GPW, gdy PMI wychodzi w górę z cyklicznego minimum. To te niebieskie prostokąty na powyższym wykresie. Ta reguła sprawdzała się do początku ubiegłego roku, bo potem PMI szedł w bok, a WIG – ostro w górę.

I wreszcie po czwarte, wysokie wskazania PMI (tj. w okolicach 55 pkt lub wyżej) z reguły są sygnałem ostrzegawczym przed bessą lub przynajmniej głębszą korektą na GPW. Tu warto przywołać grudzień 2010, luty 2014, styczeń 2015, grudzień 2017, czy wreszcie czerwiec 2021. W każdym z tych wypadków PMI zaczął spadać po osiągnięciu przynajmniej 55 pkt, co poprzedzało analogiczny ruch w dół w wykonaniu WIG-u.

Czyli wychodzi na to, że ten cały PMI jednak do czegoś się przydaje. A przynajmniej przydawał się w przeszłości. Bo od roku jego drogi z WIG-iem wyraźnie się rozeszły. Pozostaję jednak optymistą i liczę, że zanim hossa na GPW dobiegnie końca, to PMI dogoni WIG.