Coś nie gra na giełdach. Rynkowi brakuje szerokości

Krzysztof Kolany
opublikowano: 2026-09-23 14:52

WIG i WIG20 biją historyczne rekordy, nie oglądając się na resztę świata. Za Atlantykiem Nasdaq i S&P500 po zaskakującym poniedziałkowym rajdzie zbliżyły się do rekordów wszech czasów. Tyle że zarówno na GPW, jak i na Wall Street wrześniowa hossa oparta jest na dość wąskim zestawie walorów.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- jakie niepokojące historyczne analogie wiążą się z nietypowym przebiegiem jednej z ostatnich sesji na Wall Street

- czym jest wskaźnik szerokości rynku i co oznacza jego gwałtowny spadek

- dlaczego obecna sytuacja na warszawskiej giełdzie przypomina wydarzenia z końca 2017 roku

- jakie grupy spółek odpowiadają za ciągnięcie amerykańskich indeksów w stronę rekordów

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Poniedziałkowa sesja na nowojorskich giełdach była jedną z dziwniejszych w historii. I wcale nie jest to przesadą. Przez poprzednie trzy miesiące Nasdaq – jak to mawiają Amerykanie – „mielił wodę”. Czyli poruszał się głównie w bok z lekką tendencją spadkową. A od początku sierpnia to już w ogóle niewiele się tam działo. Zasadniczo to samo od początku czerwca czynił S&P 500 - choć w tym wypadku w sierpniu przydarzyły się nam nowe szczyty hossy.

Przez ostatnie tygodnie nastroje na Wall Street zdawały się pogarszać. Uwagę inwestorów zwracały najwyższe od 2007 r. rentowności 10-letnicch obligacji rządu USA, którym we wrześniu zdarzało się przekraczać 5 proc. Niepokoiła droga i coraz trudniej dostępna ropa naftowa oraz absolutnie rekordowe ceny oleju napędowego. Martwiły też nawoływania o spowolnienie wyścigu zbrojeń w sektorze AI, który od paru lat jest głównym (lub wręcz czasem jedynym) motorem napędzającym wzrost zysków przedsiębiorstw. Aż tu nagle 21 września Nasdaq bez żadnego konkretnego powodu rośnie sobie o ponad 2 proc.

Niebezpieczne historyczne analogie

Nawet nie idzie o to, że rynek bez jakiejś przełomowej i jednoznacznej informacji skacze sobie o 2 proc. To się na rynkach zdarza i doświadczeni inwestorzy nie powinni się temu dziwić. Chodzi o to, w jakim otoczeniu rozegrała się poniedziałkowa sesja. Amerykański badacz i publicysta Jason Goepfert zwrócił uwagę, że w całej dostępnej historii Wall Street wcześniej przydarzyły się tylko dwie takie sesje, tj. takie dwa przypadki, gdy łącznie spełnione zostały trzy warunki: indeks S&P 500 zyskał ponad 1 proc., dotarł do poziomu nie więcej niż o 1 proc. niższego od szczytu i gdy więcej akcji wyznaczyło nowe minimum niż nowy szczyt.

Daty te brzmią złowieszczo i zapewne nie były przypadkowe. Mowa o 23 lipca 1929 r. oraz 21 grudnia 1999 r. Ta pierwsza o niespełna trzy miesiące poprzedzała historyczny krach na Wall Street, którego konsekwencje wraz decyzjami amerykańskich polityków doprowadziły świat do Wielkiej Depresji. A druga data o niemal równe trzy miesiące poprzedzała moment pęknięcia bańki internetowej.

div class="flourish-embed flourish-chart" data-src="visualisation/30340809">

W czym jednak tak naprawdę tkwi problem? Przecież nie w tym, że rynek akcji z dnia na dzień stwierdza, że wszystko jest dobrze i radośnie rośnie sobie o 1-2 proc. Ani nie w tym, że giełdowe indeksy lada moment mogą ustanowić nowe rekordy wszech czasów. Przecież tylko w tym roku S&P500 robił tak 27 razy, w zeszłym 38 razy, a w 2024 roku 57 razy. To normalne, przecież trwa hossa. Chodzi jednak o to, że teraz S&P 500 przymierza się do bicia rekordów, podczas gdy większość jego komponentów znajduje się w trendzie spadkowym.

Analitycy używają tu wskaźnika o nazwie „szerokość rynku”. Pokazuje on, jaki odsetek akcji wchodzących w skład danego indeksu notowane jest ponad swą 200-sesyjną średnią kroczącą. Generalnie uważa się, że walor notowany powyżej swojej średniej ceny z poprzednich 200 sesji porusza się w trendzie wzrostowym. A ten spadający poniżej „dwusetki” znajduje się w trendzie spadkowym. Logiczne jest zatem, że gdy cały indeks jest w trendzie wzrostowym (np. gdy ustanawia nowe szczyty), to także większość jego komponentów powinna być notowana powyżej swojej 200-sesyjnej średniej kroczącej. Tak wygląda sytuacja normalna.

Ale teraz mamy do czynienia z tzw. dywergencją. S&P 500 idzie w górę, ale większość akcji wchodzących w jego skład spada lub pozostaje daleko od swych rekordów cenowych. I to raczej nie jest normalne. Co więcej, owa miara szerokości rynku szybko maleje już od miesiąca, spadając z prawie 74 proc. do 48,1 proc. we wtorek, 22 września. Wspomniany już Jason Goepfert zwrócił uwagę, że podobna sytuacja (tj. S&P 500 stukający do bram szczytu hossy i więcej kursów akcji dołujących niż szczytujących) przez poprzednie sto lat przydarzyła się poprzednio w listopadzie 1999 r. oraz styczniu 1973 e. Czyli tuż przed szczytem bańki internetowej oraz przed pierwszym kryzysem naftowym.

Giełda przy Książęcej naśladuje zachowanie Wall Street

Taka sytuacja jak obecnie oznacza po prostu tyle, że największe giełdowe indeksy ciągnięte są przez coraz mniej liczną grupę spółek. Na Wall Street są to przede wszystkim firmy powiązane z boomem na sztuczną inteligencję: producenci chipów, pamięci i tzw. hyperscalerzy. Podobnie – choć nieco inaczej – jest na warszawskiej giełdzie.

Przy ul. Książęcej we wtorek łupem byków padły nowe rekordy wszech czasów w wykonaniu WIG-u i WIG-u 20. Ten pierwszy przebił poziom 159 tys. pkt, a drugi pierwszy raz w historii notowany był powyżej 4200 pkt. Niewiele do nowego rekordu zabrakło też tzw. drugiej linii – czyli indeksowi mWIG40 zrzeszającego 40 dość dużych spółek, które jednak nie zmieściły się do pierwszej dwudziestki.

Jeśli spojrzymy na przebieg głównych indeksów GPW w ciągu ostatnich 12 miesięcy, to w oczy rzuca się jedno: WIG i WIG20 idą mniej więcej równo, notując 50-procentowe stopy zwrotu. mWIG40 pozostaje nieco w tyle, przez poprzedni rok zyskując ponad 36 proc., przy czym wyraźna relatywna słabość widoczna jest dopiero od połowy sierpnia. Natomiast sWIG80 – czyli indeks spółek mniejszych (ale wcale nie takich małych) – od 12 miesięcy w zasadzie stoi w miejscu, zyskując w tym czasie ledwie… 2,4 proc.

W poprzednich latach obecnej hossy na GPW aż takiej rozbieżności nie było. Tomasz Hońdo z Quercus TFI zauważył, że po raz poprzedni z tak wyraźną dywergencją stóp zwrotu pomiędzy WIG20 a sWIG80 mieliśmy do czynienia w październiku 2017 r. Także wtedy zbliżającej się do 50 proc. (a teraz już przekroczonej) rocznej zwyżce WIG20 towarzyszyła opadająca ku zeru roczna zmiana sWIG80. Wtedy taka sytuacja miała miejsce na… trzy miesiące przed szczytem hossy na GPW. Przypadek? Być może. Ale rozpoczęta później bessa trwała ponad trzy lata i zakończyła się dopiero covidowym krachem w marcu 2020 roku.

Podobno nie ma przypadków, są tylko znaki. Jeśli tak, to dwa jakże różne rynki akcji właśnie wysłały nam dwa bardzo poważne sygnały ostrzegawcze. Warto jednak pamiętać, że techniczne aberracje znane z przeszłości nie muszą zapowiadać bezbłędnej powtórki scenariuszy sprzed lat. I że nie warto całej strategii inwestycyjnej opierać tylko na jednym wskaźniku. Jeśli jednak tego typu znaki miałyby się pojawiać w większej liczbie, to warto zadać sobie pytanie: a co jeśli zbliżamy się do końca tej jakże wielkiej i wspaniałej hossy?