Andrzej Duda lubi wchodzić w swoje kalendarzowe buty, zatem Sejm przypuszczalnie zbierze się o godzinie 12, natomiast Senat o 16. Prezydent wobec obu izb wygłosi orędzia i wkrótce potem dowie się, jacy marszałkowie z obozu ostro mu niechętnemu będą stali w kolejce do ewentualnego zastąpienia głowy państwa „w razie czego”. Pierwszym jest marszałek Sejmu, potem Senatu, a dalej Konstytucja RP już nie sięga…
Wygląda na to, że aż do 13 listopada będzie trwał na szczytach państwa festiwal absurdu. Licząca 248 szabel większość sejmowa będzie ucierała umowę koalicyjną i przydział strategicznych stanowisk, na inaugurację parlamentu umowa powinna być już sfinalizowana. To będzie pierwszy sprawdzian zwartości czterech podmiotów, przynajmniej proceduralnej. Odchodzący rząd PiS trwa natomiast w jakimś matriksie, na antenie TVP przedłużona została kampania wyborcza, kolejni ministrowie opowiadają, jakimi są debeściakami, i użalają się, że suweren zbłądził i okazał PiS niewdzięczność. Jarosław Kaczyński wydał rozkaz dokupienia do 194 mandatów co najmniej 37 posłów dla uzyskania przez wyimaginowany nowy rząd PiS wotum zaufania, ale jest on niewykonalny — zgranej karcie nie uda się złowić choćby jednego. Dlatego premierostwo Donalda Tuska jest nieuchronne, natomiast od Andrzeja Dudy zależy bardzo ważna okoliczność — jak długo przeciągnie swoimi decyzjami kalendarzowymi i personalnymi szkodliwy dla Polski stan prowizorki. Może zachować się albo uczciwie wobec zbiorowego werdyktu suwerena i desygnowaniem premiera większościowego przerwać chocholi taniec jeszcze w listopadzie, albo rozwlec aż do Bożego Narodzenia.
W siedzibie PiS obowiązuje doktryna walki do ostatniej kropli partyjnej krwi. Po cichu jednak władcy przygotowują się do powrotu w ławy opozycji, w których spędzili ośmiolatkę 2007-15. Być może wykorzystają anglosaską konstrukcję gabinetu cieni, która najlepiej sprawdza się w systemie partyjnego duopolu, czyli np. w parlamentarno-gabinetowym Zjednoczonym Królestwie, bo już niespecjalnie w prezydenckich Stanach Zjednoczonych Ameryki. Naturalne jest pytanie, któż mógłby stanąć na czele hipotetycznego gabinetu cieni PiS. Raczej nie Jarosław Kaczyński, którego pozycja jako partyjnego guru oczywiście pozostaje niepodważalna, ale prezes nadal nie może dojść do siebie po szokującej klęsce referendum, które było jego wymysłem. Najlepiej przygotowany merytorycznie jest oczywiście Mateusz Morawiecki, ale silnie obciąża go syndrom utraty władzy. 13 listopada złożenie przez niego dymisji będzie nie konstytucyjnym gestem proceduralnym, lecz prawdziwym odejściem z gmachu KPRM na trwałe. I to niezależnie od tego, czy Andrzej Duda desygnowaniem starego premiera na nowego przedłuży agonię rządu PiS o mniej więcej miesiąc.
W Polsce tworzenie gabinetów cieni nie ma dobrych tradycji. Dotychczas były to byty propagandowe, puste merytorycznie. Chociaż PiS w kadencji 2011-15 okazało się całkiem zdolne w recenzowaniu rządu PO-PSL, punktując wiele jego niedociągnięć i przygotowując grunt pod zwycięstwo w 2015 r. Dekadę wcześniej słaby gabinet cieni uzyskał wizerunek kabaretowy, gdy w 2006 r. premier Kazimierz Marcinkiewicz — wtedy gwiazda PiS, ale wypalona bardzo szybko — zrecenzował pomysł PO: „Posłowie jednego z ugrupowań, którzy się nazywają... zaraz, syn na nich mówi cieniasy, znaczy te cienie, gabinet cieni, prezentują codziennie dwie, trzy konferencje prasowe…”. Być może pamiętając tamtą wypowiedź klasyka PiS nie nazwie swojego opozycyjnego tworu gabinetem cieni, lecz jakimś ośrodkiem analitycznym przy klubie sejmowym. W każdym razie najwyższy czas na przystąpienie do jego organizowania.

