Rynek oczekuje, że banki będą w nieskończoność prowadzić łagodną politykę. Nikt się nie martwi tym, że za jakiś czas może ona ulec zmianie. To błąd.
W ostatnich czterech latach banki centralne z całego świata sięgnęły głęboko do skrzynek z narzędziami, najpierw obniżając stopy procentowe praktycznie do zera, a następnie wdrażając rozwiązania niekonwencjonalne, ukierunkowane na utrzymywanie niskich stóp procentowych przy długim końcu krzywej rentowności, a także wykup większości obligacji emitowanych przez państwa, w których działają. Kilkadziesiąt lat temu to ostatnie rozwiązanie zostałoby określone mianem piramidy finansowej. Dziś takie środki przedstawia się jako jedyną alternatywę.
Tradycyjnie banki centralne kontrolowały jedynie rentowności instrumentów o terminach zapadalności od overnight do mniej więcej roku. Poważna bessa na rynkach akcji w latach 2008/2009 oraz istotna nierównowaga fiskalna powstała w rezultacie wdrożenia największych w historii fiskalnych programów stymulacyjnych sprawiły, że konieczne stało się zapewnienie wysokiej płynności przy niskich stopach procentowych. Działaniom takim towarzyszyła prowadzona przez banki centralne i politycznych decydentów szeroko zakrojona kampania public relations. Od tamtej pory rynek pompuje coraz to nowe banki spekulacyjne, a obecnie znajdujemy się w pułapce zadłużenia, w której rządy oraz banki pozostają słabo dokapitalizowane i nie mają już dostępu do nowych źródeł finansowania — chyba że pomagają im banki centralne.
Światowe rządy i banki centralne zdążyły już przejąć tak potężną część strumienia finansowania, że sektorowi prywatnemu pozostały jedynie okruszki. Ten najbardziej skłonny do przekładającego się na zysk ryzyka sektor gospodarki został odcięty od tlenu — makroekonomia pokonała mikroekonomię, a przedsiębiorcy duszą się obecnie z braku dostępu do kredytów. To koszmarny błąd. Wszystkim ludziom biznesu i przedsiębiorstwom zależy przede wszystkim na maksymalnej elastyczności, dostępie do kapitału i możliwościach ponoszenia ryzyka — zamiast tego zostają oni odcięci od źródeł finansowania oraz nadmiernie obciążeni podatkami i regulacjami.
Mając to na uwadze, sugerujemy, że w przyszłości możemy mieć do czynienia z następującymi scenariuszami (w nawiasach prawdopodobieństwo ich realizacji): — Jeszcze niższe stopy procentowe/więcej środków niekonwencjonalnych (60 proc.) — w tym scenariuszu zakłada się zwiększanie bazy monetarnej w nieskończonośći reflację. Opcja ta jest faworyzowana przez polityków, ponieważ nie prowadzi do zwiększania zadłużenia państw i nie zmusza ich do brania odpowiedzialności za sytuację, w której banki centralne drukują pieniądze przeznaczone na zakup obligacji skarbowych na rynku pierwotnym i od dużych wierzycieli.
— Stopy procentowe jeszcze przez jakiś czas niskie, ale nie niższe od dotychczasowego historycznego minimum (30 proc., ale jest to nasz preferowany scenariusz). Historyczne minimum stóp procentowych mamy już za sobą, ponieważ niekonwencjonalne środki będą stopniowo wycofywane. Największą historyczną pomyłką banków centralnych zawsze okazywało się przesadniedługie utrzymywanie łagodnej polityki monetarnej. Politycy również zaczynają się obawiać potencjalnych negatywnych następstw zalewania rynku rzeką pieniędzy bez pokrycia.
— Kryzys 2.0 (10 proc.). To nasz stary temat — uczestnicy rynku prędzej czy później utracą wiarę w rząd i jego zdolność do spłaty długów. W pewnym zakresie kryzys 2.0 już pojawił się na peryferiach strefy euro, jednak podstawowym gospodarkom tego obszaru, takim jak Niemcy czy Francja, na razie udało się go uniknąć — nie wspominając o Wielkiej Brytanii, USA czy Japonii. Jest to scenariusz najmniej prawdopodobny.
Steen Jakobsen
główny ekonomista Saxo Banku