Czasomaniak

opublikowano: 25-10-2018, 22:00

Z pasji Macieja Mazurkiewicza, lekarza i kolekcjonera zegarków, narodził się AuroChronos, którego łódzki onkolog jest współtwórcą. Zaledwie po dwóch edycjach festiwal wyrósł na znaczącą w Europie imprezę branżową.

Zaczęło się od szukania prezentu dla żony z okazji pierwszej rocznicy ślubu — miał to być jej pierwszy naprawdę dobry zegarek na rękę. Maciej Mazurkiewicz, onkolog z Łodzi, spędzał godziny przed monitorem komputera, próbując znaleźć coś eleganckiego, a zarazem użytecznego i uniwersalnego. Wtedy odkrył świat, który wciągnął go bez reszty. Okazało się, że zegarki to coś, na co chętnie wydawałby pieniądze. Dziś, kiedy się z kimś wita, zerka, co rozmówca nosi na nadgarstku. Według niego, teraz bardziej niż kiedykolwiek analogowy zegarek jest wyrazem stylu życia.

Kolekcja. W zbiorach Macieja Mazurkiewicza, łódzkiego onkologa i pasjonata zegarków, znajdują się głównie czasomierze marek niezależnych i małych producentów.
Wyświetl galerię [1/9]

Kolekcja. W zbiorach Macieja Mazurkiewicza, łódzkiego onkologa i pasjonata zegarków, znajdują się głównie czasomierze marek niezależnych i małych producentów. FOT. MACIEJ GRABSKI, KRZYSZTOF JARCZEWSKI

Pierwsze poszukiwania były przypadkowe — lekarz nie zwracał uwagi na mechanizm, tylko na wygląd i zastosowanie zegarka.

— Ale kupione wtedy Tissoty wciąż nosimy. Można w nich zarówno pływać, jak i założyć je do eleganckiego stroju. Zegarki to przecież jednen z niewielu rodzajów biżuterii, na której noszenie może sobie pozwolić każdy mężczyzna — twierdzi Maciej Mazurkiewicz.

Potem się okazało, że świat zegarków i ich miłośników jest bardzo bogaty. Zaczęły się poszukiwania wiedzy na forach internetowych i w grupach dyskusyjnych. Znalazła się cała rzesza wielbicieli czasomierzy — najliczniejsza grupa na Facebooku, Czasoholicy, to 30-tysięczna społeczność zrzeszająca miłośników starych i nowych zegarków wielkich i małych firm. Maciej Mazurkiewicz odkrył, że w Polsce nie ma, a w Europie jest niewiele spotkań w świecie rzeczywistym, podczas których można poznać marki niezależne i małych producentów. Tak zrodził się pomysł festiwalu AuroChronos, pomyślanego jako miejsce integracji zegarkowej społeczności i promowania m.in. mikromarek.

— Niezależni producenci to także firmy duże, ale wciąż zarządzane przez jedną rodzinę, nie będące częścią grup kapitałowych — tłumaczy miłośnik zegarków.

Niektórzy tylko projektują zegarki, ale ich nie wykonują, są też manufaktury, które robią wszystko od początku do końca. W Polsce działa około 10 tego typu przedsiębiorstw, żadne jednak — mimo potencjału — nie skonstruowało własnego mechanizmu. Część z nich przyznaje, że nie jest to ich ambicją. Polskie jedno- lub kilkuosobowe firmy projektują, składają zegarki, modyfikują komponenty lub kontrolują jakość. Podzespoły zamawiają w krajach, w których ich produkcja jest zdecydowanie tańsza. To powszechna praktyka nawet wśród największych i najbardziej znanych firm zegarkowych należących do wielkich grup kapitałowych. Z racji braku polskiego mechanizmu stosuje się japońskie, szwajcarskie, a nawet chińskie, które coraz częściej nie ustępują jakością tym bardziej znanym.

— Wraz z Pawłem Zalewskim, wspólnikiem przy organizacji festiwalu, pomyśleliśmy, że duże firmy zawsze się obronią na rynku, bo mają spore budżety na kampanie reklamowe i sponsorowanie celebrytów, a to wpływa nawet na to, że kreowane przez nie nowe marki stają się bardziej popularne niż zegarki szwajcarskich firm z historią. Lubię zegarki, a organizując wydarzenie zegarkowe, wybraliśmy promowanie niezależnych producentów, gdyż w dobie globalizacji często od znanych marek odróżniają ich tylko mniejsza promocja i skala działania — wyjaśnia swoje zainteresowanie mikromarkami.

Nazwa festiwalu jest połączeniem dwóch słów: Aurochs, czyli tur po angielsku, który ma symbolizować upór niezbędny w próbach przebicia się na trudnym rynku, a także odradzający się sentyment do zegarków i rzemiosła. Zaś grecki bóg Chronos z atrybutem, jakim jest klepsydra, symbolizuje czas i tworzenie.

Przygotowania do festiwalu trwały zaledwie pół roku. Na pierwszy Międzynarodowy Festiwal Niezależnych Producentów Zegarków w Łodzi, czyli AuroChronos, 30 września i 1 października 2017 r., udało się ściągnąć 20 wystawców i twórców z 10 krajów. Podczas drugiej edycji — 29-30 września 2018 r. — zaprezentowało się ponad 30 wystawców.

— Z każdym wystawcą prowadziliśmy indywidualne rozmowy, prosząc, by nam zaufał. Przy drugiej edycji było łatwiej, bo mogliśmy pokazać to, co zrobiliśmy rok temu — zdjęcia, opinie, a liczyliśmy się z tym, ze każdy gość mógł się stać ambasadorem naszej młodziutkiej marki — mówi organizator festiwalu.

Podczas drugiej edycji Polskę reprezentowały m.in. firmy Xicorr Drobiny Czasu z Warszawy, Vratislavia Conceptum z Wrocławia, G. Gerlach Fundacja Rozwoju Polskiej Myśli Technicznej i Mechaniki Precyzyjnej ze Szczecina. Wśród wykładowców znaleźli się m.in. Kalle Slaap, holenderski zegarmistrz, założyciel szkoły zegarmistrzowskiej prowadzącej autorskie szkolenia, i Tomasz Miler, twórca marek Miler Menswear, Miler Spirits i Manumi, oferujących klasyczne garnitury, alkohole i męskie akcesoria skórzane. Gościem specjalnym festiwalu był Theodor Diehl, rzecznik prasowy i zegarmistrz marki Richard Mille, autor książki „Kari Voutilainen: Horlogerie d'Art” („Kari Voutilainen: Sztuka zegarmistrzowska”), specjalista ds. niezależnego zegarmistrzostwa z 25-letnim doświadczeniem. Miłośnicy pięknych przedmiotów nie zawsze chcą je mieć, lecz często szukają okazji, by z nimi obcować. W przypadku zegarków bywa, że dystrybutorów konkretnej marki w Polsce nie ma — jest zbyt droga, zbyt luksusowa, lub zupełnie nieznana. Także po to jest ten festiwal.

— Oczywiście wyprawa do Szwajcarii, do wytwórcy legendarnej marki, byłaby niesamowitą przygodą, niemniej ludzie majętni bardzo cenią swój czas i chcieliby te rzeczy zobaczyć na miejscu. Dlatego organizowane są wydarzenia zegarkowe w Londynie, Berlinie — jest potrzeba pokazywania tych precjozów większej liczbie ludzi. Imprez o naszym profilu nie ma w Polsce, w ogóle imprez zegarkowych jest bardzo mało — twierdzi Maciej Mazurkiewicz.

Festiwal jest właściwie samofinansującym się spotkaniem — uczestnicy wnosili opłaty, udało się znaleźć jednego dużego sponsora i wielu partnerów barterowych. Organizatorzy mogli liczyć jedynie na to, że zarażą uczestników i partnerów swoim entuzjazmem — i udało się.

— Po pierwszej edycji zostaliśmy zaliczeni przez branżowych dziennikarzy do pierwszej piątki imprez tego typu, po drugiej — uznani za najlepszą! — cieszy się Maciej Mazurkiewicz.

Druga edycja festiwalu przyciągnęła dwa razy więcej odwiedzających niż pierwsza. Zadowoleni byli też wystawcy, bo czas spędzony w Łodzi nie był bezproduktywny — nie pojawiali się przypadkowi goście, zwiedzający rozmawiali, kupowali zegarki, brali wizytówki i ulotki firm.

Kosztowny czas

Ceny zegarków mikromarek zaczynają się od kilkuset złotych, a czasomierzy ręcznie robionych przez niezależnych zegarmistrzów — od około 20 tys. zł, natomiast kończyć potrafią na milionach. Na cenę wpływa przede wszystkim to, że czasomierze z najwyższej półki są robione przez kilka miesięcy, a nawet rok. Maleńkie części — mierzące milimetr, dwa — wytwórca robi samodzielnie. Do tego dochodzą zdobienia i grawerunki, dzięki którym zegarek staje się dziełem sztuki — tego nie zamówi się w fabryce. Producenci dekorują tarcze wieloma rodzajami emalii i innymi nietypowymi technikami — przykładem może być chiński zegarek z tarczą wyhaftowaną jedwabnymi nićmi w tradycyjny wzór.

— Chyba nie znam droższego zegarka polskiego niż kosztujący 10 tys. zł. Wiem, że do niedawna firma, która robiła najdroższe w kraju zegarki, wykonywała ich raptem 50 rocznie. Wciąż jesteśmy gospodarką, która się rozwija, a im droższy zegarek, tym trudniej znaleźć na niego kupca i nie będzie to klient masowy, lecz bardziej świadomy, poszukujący czegoś innego niż produkty dostępne w galeriach handlowych — uważa pasjonat czasomierzy.

Zegarki użytkowe muszą spełniać różne funkcje. Jeśli ktoś np. lubi garniturowe, musi się liczyć z tym, ze ich wodoszczelność, a tym samym odporność na kurz, pył i inne zanieczyszczenia, jest niewielka — nie akceptują warunków ekstremalnych.

— Wychodzę z założenia, że jeśli zegarek kosztuje tyle, ile wynosi miesięczna pensja, to jeszcze można go traktować użytkowo. Ale jeśli jest to kilka, czy kilkanaście pensji, wtedy wymaga większej atencji i nie nosi się go na co dzień — tłumaczy Maciej Mazurkiewicz.

Świat nie potrzebuje zegarków

Łódzki lekarz ma kolekcję zegarków marek niezależnych i vintage, w której znajduje się m.in. zegarek odziedziczony po dziadku — to wartościowa i emocjonalna pamiątka. Większość swoich czasomierzy traktuje jednak użytkowo.

— 20-30 zegarków to żaden wynik w porównaniu z wielkimi zbiorami, jednak trzeba się liczyć z tym, że przy dużym kolekcjonerstwie niezbędny jest większy budżet na konserwację — twierdzi Maciej Mazurkiewicz.

Precyzyjne wnętrza podopiecznych wymagają troski — o każdy zegarek trzeba dbać, serwisować u zegarmistrza. Takie, które trzeba nakręcać ręcznie, warto zaopatrzyć w urządzenie zwane rotomatem, które obraca je w nocy lub wtedy, gdy ich nie nosimy. Miłość do zegarków okazała się chorobą zakaźną nawet w lekarskim domu.

— Żona początkowo łapała się za głowę, kiedy, oglądając film, patrzyłem na to, co aktorzy noszą na nadgarstkach. Teraz ma tyle zegarków, ile ja, choć nadal postrzega je bardziej jak biżuterię. Ale prawda jest taka, że nie potrzebujemy zegarka — mamy komputery, telefony komórkowe, godzinę można sprawdzić nawet w telewizorze. Kupując zegarek, nie zaspokajamy potrzeby praktycznej, jednak wraz z nim kupujemy pewien styl życia, bazujący na dbałości o detal, a często również — niesamowitą historię — konkluduje Maciej Mazurkiewicz.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Czasomaniak