"Czech, na szczęście, boi się na zapas"

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2012-10-25 13:15

Dlaczego rynki nas tak lubią? Bo nie lubimy przygód – mówi Miroslav Singer, prezes czeskiego banku centralnego.

 

Miroslav Singer, prezes Czeskiego Banku Narodwego
Miroslav Singer, prezes Czeskiego Banku Narodwego
None
None

Czechy to obok Wielkiej Brytanii najbardziej sceptyczny wobec strefy euro kraj w Unii Europejskiej. Prezydent Vaclav Klaus zażartował niedawno, że dobrą datą przyjęcia przez Czechy euro będzie 2074 r. Z podobnym dystansem do integracji walutowej podchodzi czeski bank centralny.

— Rok 2074? Hmm… to jeszcze 62 lata. Biorąc pod uwagę to, co zdarzyło się w Europie przez ostatnie 62 lata, nie możemy być nawet pewni, że za tyle lat strefa euro i Czechy będą dalej istnieć — mówi Miroslav Singer, prezes Czeskiego Banku Narodowego (CBN).

Kiedy zatem Czechy mogą przyjąć euro?

— W przewidywalnej przyszłości integracja walutowa nie jest poważnym tematem dla Czech — mówi Miroslav Singer.

Czechy już od połowy lat 90. są przez rynki finansowe wyceniane jako znacznie bardziej wiarygodne niż pozostałe kraje Europy Środkowej i Wschodniej. Ostatnio są traktowane nawet lepiej niż większość krajów strefy euro. Oprocentowanie pięcioletnich obligacji Czech wynosi 1 proc. Polskie analogiczne papiery mają ponad 4 proc., a węgierskie ponad 6 proc. Nawet będąca w strefie euro Słowacja płaci niecałe 2 proc. odsetek. Skąd ten respekt rynków wobec Czech?

— Jesteśmy z Polakami kulturowo bliscy, ale w kwestiach fiskalnych jesteśmy bardzo różni. Jakby to powiedzieć… Jesteśmy w tym obszarze nieco mniej żądni przygód i mniej odważni niż wy. Tak było już w czasie komunizmu, tak jest też teraz — twierdzi Miroslav Singer.

Dzięki temu Czesi nie boją się kryzysu fiskalnego? — Właśnie o to chodzi, że się boimy. Zawsze się boimy wcześniej niż inni. Taka nasza natura. I całe szczęście, właśnie dlatego płacimy niskie odsetki od długu — mówi szef CBN.

Czytaj cały wywiad w "Pulsie Biznesu".