Czekolada, gorzałka i kurierka

Jacek Konikowski
opublikowano: 2008-06-06 00:00

W biznesie bywa tak, jak niegdyś z mercedesem Marka Różyckiego. Miał wabić dziewczyny, a przyciągał wzrok facetów. Z Masterlink było podobnie.

dyby chciał, chodziłby dziś pewnie w meloniku, wywijał laseczką, jeździł ciemnozielonym jaguarem i spłacał gigantyczny kredyt na rezydencję gdzieś pod Brighton. Bo trudno inaczej, gdy pierwszą pracę ma się w Coopers and Lybrand, drugą w Lloyds Bank i codziennie stoi w korku mercedesów i porsche jadących do londyńskiego City. „Na bank” byłby finansistą. Ale to Polak, choć z Ealingu, a takiego wiecznie gdzieś ciągnie i coś popycha. Czasem wystarczy niewiele — ot, przypadkowo znalezione ogłoszenie w polonijnej gazecie. Z niej młody finansista dowiedział się, że DHL szuka dyrektora finansowego w Polsce. Wystarczyło.

— W Lloydsie byłem menedżerem najniższego szczebla, więc nijak nie nadawałem się na to stanowisko. Pomyślałem — „a co mi tam”. Odpowiedziałem. Następnego dnia odezwał się head-hunter. Tak mu zależało, że po godzinie pojawił się u mnie w domu i mówi — mam tylko jedną prośbę, niech pan zadzwoni do mojej znajomej Polki i powie kilka słów po polsku — mówi Różycki.

Wkrótce dyrektor finansowy polskiego DHL siedział już w samolocie do Warszawy.

— Znajomi pukali się w głowę. Mówili — „chłopie, co ty wyprawiasz, tam niedźwiedzie biegają po ulicach, bieda z nędzą”. Ja myślałem — „pojadę, zobaczę, jeżeli rzeczywiście tak jest, to wrócę. W końcu jestem Polakiem, warto zaryzykować…” — wspomina Różycki.

Ryzyko? Niewielkie. Wtedy w Polsce karierę mógł zrobić każdy, kto miał nieco oleju w głowie i dwie ręce. A właściwie wystarczyło chcieć i mieć jakiś pomysł. I mówić po polsku. Było coś jeszcze. Przynęta — DHL nie żałował pieniędzy

— Wtedy ludzie z DHL byli jak kowboje. Młodzi, śmiało do przodu, energia, entuzjazm. Nie ma rzeczy niemożliwej, jakoś to się musi udać. Zupełnie inny model niż teraz — wspomina Różycki.

On, 25 letni dyrektor finansowy. Jego szef, dyrektor generalny — 29 lat. Kowboje żółtodzioby. Było fajnie. Do czasu, gdy ktoś nie zaproponował, żeby Różycki wyjechał do Rosji.

Dlatego, gdy zadzwonił telefon z PriceWaterhouseCoopers, Różycki szybko uprzątnął swoje biurko w DHL i kartonik postawił na nowym. Też w Warszawie. Zmienił firmę i branżę — żegnajcie finanse, witaj konsultingu.

— Było super. Miałem okazję robić za każdym razem coś innego. Jednego dnia planowałem sieć stacji benzynowych, drugiego restrukturyzowałem producenta lokomotyw — wspomina Różycki.

W produkującym lokomotywy, a należącym dziś do Bumaru, chrzanowskim Fabloku konsultant mieszkał w baraku i co rano dostawał zupę regeneracyjną z wkładką.

— Miałem doradzić, jak „podkręcić” wydajność działu marketingu. Wtedy Fablok większość produkcji wysyłał lub chciał wysyłać na Zachód, zwłaszcza do Anglii, ale okazało się, że dział marketingu pracował od 6 do 13 polskiego czasu, czyli od 5 do 12 czasu angielskiego. Skąd mogli wiedzieć, że Anglicy pracują od 9 do 17 z przerwą na tea o 12? — wspomina Różycki.

Finansistę ciągnęło jednak do marketingu. Więc po trzech latach kolejny rozwód. W 1993 roku napisał do Kraft Jacobs Suchard. Tego od czekoladek. I od razu głęboka woda — wprowadzenie do Polski czekolady Milka.

— Podczas nagrywania reklamy radiowej, do której piosenkę śpiewała Katarzyna Skrzynecka, zapodziała nam się taśma demo z melodią, więc musiałem ją nucić Skrzyneckiej, mimo że głos mam żubra. Na szczęście Kasia szybko złapała melodię. Wtedy właśnie pojawił się po raz pierwszy slogan „daj się skusić” — wspomina Różycki.

Trzyletnią pracę z Milką okupił nadwagą i licznymi plombami. Choroby zawodowe.

— Wtedy to my decydowaliśmy o tym, co robimy, a nie centrala. Dlatego mile wspominam tamte czasy nieograniczonej swobody — wspomina Różycki.

Mimo tej swobody nie przestawał marzyć. O tym, że kiedyś pokieruje firmą. To „kiedyś” okazało się nieodległe.

Mewy nad głową

Do spotkania w Bristolu przygotowywał się długo, mimo że każda rozmowa kwalifikacyjna to gra w szachy — pytania standardowe, łatwe do przewidzenia. Ale nie był przygotowany na jedno — że Adam Grzesicki, szef Ballantine’s, okaże się facetem wielce niesztampowym. Tak bywa, gdy prezesem zostaje były sprzątacz w fabryce.

— Już przy przekąsce Adam zapytał, czy jestem gotów być „firmowym murzynem”, czyli pracować niemal do stanu śmierci klinicznej — wspomina Różycki.

Po spotkaniu Grzesicki dzwoni do Różyckiego:

— Marku, head-hunter mówił, że absolutnie mam do ciebie nie dzwonić, ale chcę cię mieć u siebie. Co mam zrobić, żebyś się zgodził?

Odparłem, że już nic, bo właśnie mu się to udało. Po podpisaniu kontraktu wysłał do mojego domu butelkę szampana z bilecikiem: witam rodzinę Różyckich na pokładzie Ballantine’s — wspomina Różycki.

Po kilku dniach wizyta w kwaterze głównej w Anglii. Czarny jaguar z szoferem w mundurze zabiera Różyckiego z lotniska i zawozi pod firmę. Przed wejściem wisi polska flaga. Uroki „nobility industry”. Chociaż…

— Adam w trudnych chwilach mówił mi: „Marek, mewy latają nad twoją głową. Pamiętaj, jeżeli nie będziesz miał wyników, to będą na ciebie…” — wspomina Różycki.

Więc Różycki kombinował, żeby mewy jedynie latały nad jego głową. I wymyślił balentynki.

— Konkurenci zatrudniali w dziale sprzedaży mężczyzn. Faceci negocjowali z facetami z hurtowni i sklepów. Pomyślałem, a co by było, gdyby faceta zamienić na ładną, mądrą blondynkę? Wszyscy pukali się w czoło. Ale balentynki ruszyły w kraj — wspomina Różycki.

Wyniki były równie super jak same balentynki.

Do dzisiaj potrafi powiedzieć „na zdrowie” w kilkunastu językach, nawet po estońsku (tervi seks). Ale po trzech latach znowu zadzwonił head- -hunter. Od Smirnoffa, wtedy numer jeden w Polsce. Różycki nie żałuje kolejnej zmiany. Po roku — eksmisja (w wyniku fuzji). Finansowo intratna.

Nastał nieciekawy okres w karierze Marka Różyckiego, który z potrzeby chwili założył własną firmę konsultingową Tournaround. Wtedy też pomyślał: może warto wrócić do pewnego biznesu, który przed laty dla zabawy założył ze znajomym?

Masterlink

W City jest ich pełno, chłopcy na rowerach lub motorach, którzy ze zwinnością jaszczurki przedzierają się przez uliczne korki, żeby dostarczyć to i owo temu lub owemu. W Warszawie ich nie było. Rok 1991. Różycki pracuje w polskim oddziale DHL. Z przyjacielem postanowili założyć taką miejską firmę kurierską w Warszawie. On — raczej dla zabawy, przyjaciel — z konieczności, kuśnierz z dyplomem fizyka, który po upadku komuny nie miał już komu szyć futer.

— Wyłożyliśmy na to całe 5 tys. dolarów na głowę. Kupiliśmy sześć czeskich jaw, z których po pierwszym dniu tylko jedna była na chodzie — wspomina Różycki.

Deal był taki: kolega prowadzi firmę, Różycki zajmuje się strategią i marketingiem. Głównie w weekendy. I jeszcze tylko nazwa.

— Musiała być zachodnia, bo wzbudzała zaufanie. Pomysłów było kilka: Ambasadorlink, Masterlink, Interlink. Wszystkim podobała się ta druga — wspomina Różycki.

A ten zielony kolor?

— To kolor Lloyds Bank — uśmiecha się Różycki.

Kilka lat zabrało, zanim kurierzy w zielonych kurtkach odebrali chleb firmowym gońcom, których pełno było w każdym niemal urzędzie, instytucji czy większej firmie. Masterlink w tym czasie rósł jak na drożdżach. W końcu zatrudniał już 300 osób. I problem. Firma stała się za duża, żeby mogła być małą, i za mała, żeby mogła być dużą. Więc jaka miałaby być?

— W 1998 roku sprzedaliśmy większość udziałów w Masterlink Poczcie Szwedzkiej — mówi Różycki.

I paradoks. Szwedzi — w dobrej wierze — zrobili wszystko, co trzeba, żeby firmę doprowadzić na skraj bankructwa. Na przykład — inwestowali w samochody i budynki, a nie w ludzi czy informatykę. Masterlink, dotąd rentowny, zaczął mieć straty. Pewnego dnia zadzwonił telefon.

— Kolega z Poczty Szwedzkiej zadzwonił do mnie z prośbą, żebym pomógł wyjść Masterlinkowi z tarapatów — wspomina Różycki.

Kolejny paradoks. Oto pierwszym zleceniem dla firmy konsultingowej Różyckiego było uzdrowienie firmy, którą przed laty sam zakładał.

— To był najtrudniejszy okres w moim życiu zawodowym. Masterlink przynosił stratę równą połowie swojego obrotu. Firma była ewidentnym bankrutem. Dobrałem superekipę i jakoś z tego wybrnęliśmy — wspomina Różycki.

Nie było łatwo. Zasypiał z kartką przy łóżku i nieraz budził się, by zapisać na niej kolejny pomysł na wyciągnięcie firmy z dołka. Gdy to się udało, Szwedzi sprzedali firmę francuskiej La Post.

Do 2005 roku Marek Różycki był prezesem i dyrektorem generalnym Masterlink Express. W międzyczasie GeoPost Group, należąca do francuskiej La Poste, odkupiła Masterlinka od szwedzkiego Posten AB. W 2006 roku Geopost zmieniła nazwę Masterlink na DPD. Różycki od 2004 roku jest prezesem GeoPost Group na Europę Środkową i Południowo-Wschodnią.

Od tej pory nieraz jeszcze przyszło mu gasić podobne pożary — a to w Czechach, a to na Węgrzech. Śmieje się, że biurko zamienił na fotel w samolocie. W klasie ekonomicznej, bo jak twierdzi, business class to pieniądze wyrzucone na rozpustę.

Charakterny ten menedżer. Choć i sentymentalny nieco. Na wieszaku w rogu gabinetu prezesa GeoPost wciąż wisi zielona kurtka kuriera. Ta sama, w której przed laty, w tajemnicy przed pracownikami, wcielał się w kuriera Masterlinka i raz do roku rozwoził paczki po Warszawie. Może to jemu dałeś kiedyś tipa lub zdrowo objechałeś. Kurierzy adresów nie zapominają. l

Jacek

Konikowski