Nie zastanawiają się, czy otwierane przez nich lokale można już nazywać kultowymi, ale przyznają, że inicjują mody, które narzucają formułę życia towarzyskiego kolejnych sezonów. Grupa Warszawa — założona przez Norberta Redkie i Barłomieja Kraciuka — od pięciu lat kształtuje życie kulturalne i towarzyskie stolicy. Dwa i pół roku temu dołączył do nich Hubert Karsz.
Wszyscy trzej są przedstawicielami pokolenia urodzonego w PRL-u, ale wychowanego już w wolnej Polsce. Smaki dorosłości poznawali na przełomie wieków, to ich pokolenie pierwsze dostało możliwość swobodnych wyjazdów za granicę i studiów praktycznie w każdym zakątku Ziemi. Urodzeni w Warszawie — po epizodach podróżniczych, szkolnych i zawodowych wrócili do niej po latach i zaczęli czerpać z energii miasta, o której wspominają kilkakrotnie podczas rozmowy.
Ofiara sukcesu
Zaczęło się — jak to często bywa — od szalonego pomysłu i odważnej decyzji. PKP wystawiało w przetargu budynek dawnych kas dworca Warszawa Powiśle — charakterystycznego grzybka przy ul. Kruczkowskiego w sąsiedztwie monumentalnego wiaduktu Mostu Poniatowskiego. O przetargu dowiedział się Norbert Redkie i wiedziony mocnym pragnieniem założenia fajnej — po prostu — knajpy, zaoferował cenę dziesięciokrotnie przebijającą wywoławczą.
Jak się okazało, był jedynym oferentem. Wtedy dogadał się z Bartłomiejem Kraciukiem i dzięki pieniądzom z Mazowieckiego Regionalnego Funduszu Pożyczkowego mogli zaryzykować stworzenie miejsca, o którym obaj, jak się okazało, marzyli. Tak powstała Warszawa Powiśle, której otwarcie świętowało pamiętnego wieczoru ponad dwa tysiące osób. Na sukces lokalu złożyło się kilka czynników, między innymi malownicze położenie na skarpie, bliskość szlaków komunikacyjnych, oferta organizowanych tam koncertów, a także dobre i tanie pozycje w menu.
Ta mieszanka uderzyła do głowy warszawskim bywalcom, Warszawa Powiśle z tygodnia na tydzień zyskiwała coraz większą popularność, z czasem stając się ofiarą swego sukcesu. Sąsiedzi narzekali na głośne sąsiedztwo, choć knajpa nie graniczy z żadnym budynkiem mieszkalnym. W pewnym momencie każdy chuligański wybryk w okolicznych kwartałach przypisywano gościom klubu i zgłaszano Straży Miejskiej oraz Policji. Nad Powiślem zawisła groźba odebrania koncesji na alkohol, której spełnienie równałoby się zamknięciu lokalu. Wobec głośnego sprzeciwu opinii publicznej i mediów sprawa rozeszła się jednak po kościach.
ności związane z procedurami lub wymaganiami technicznymi i sanitarnymi klubu. Może więc czas na założenie grupy menedżerów zajmujących się wyłącznie koordynacją uruchamiania lokalu?
— To już się kreuje. Niedawno rozmawiałem z przedstawicielem konkurencji, który słyszał o biznesowym pomyśle ludzi związanych z gastronomią, by oddawać knajpy pod klucz. Tak jak deweloper oddaje mieszkania — opowiada Norbert Redkie. Bartłomiej Kraciuk przekonuje jednak, że na dłuższą metę ten pomysł nie ma sensu, ponieważ na opinię firmy rzutowałaby każda późniejsza pomyłka operatora lokalu.
— Uważam, że jego prowadzenie, stałe i konsekwentne, jest najtrudniejszym elementem, przy którym najłatwiej popełnić najcięższe błędy — mówi.
— Zwłaszcza, że potrzeba bardzo dużej elastyczności między pomysłem, z jakim przystępuje się do prowadzenia lokalu, a oczekiwaniami odbiorców. Bardzo tego doświadczyłem przy Syrenim Śpiewie, klubie, od którego założenia rozpoczęła się moja współpraca z chłopakami — dodaje trzeci szef Grupy Warszawa Hubert Karsz.
Syrena w niszy
Otwarcie Syreniego Śpiewu, połączone z sylwestrowym balem, było wielkim wydarzeniem kulturalnym Warszawy końca 2011 r. Położony w parku Rydza-Śmigłego trzykondygnacyjny budynek z przeszklonymi galeriami został gruntownie odrestaurowany z szacunkiem dla modernistycznego założenia. Zachowano geometryczne kasetony świetlne nadające miejscu futurystyczny klimat i marmurowe mozaiki, których staranne wykonanie robi wrażenie nawet po dekadach. Setki gości czekały na otwarcie, a wielu zaskoczonych było tym, z czym spotkali się w środku. Swoją złość na wysokie ceny gatunkowych alkoholi wylewali na facebookowym profilu klubu.
— Syreni Śpiew to lokal z whisky, drinkami i dobrą muzyką na żywo. Zamieszanie i dyskusję wywołali ludzie, którzy spodziewali się nowego baru w stylu Powiśla. To nieporozumienie — mówi Norbert Redkie.
Bartłomiej Kraciuk dodaje, że dzięki temu udało im się jednak osiągnąć zamierzony cel. Usłyszała o nich grupa, do której chcieli dotrzeć, a która nie miała wcześniej „swojego” miejsca. To ludzie w określonym wieku, o potrzebach i możliwościach, które nie były tożsame z tym, co wtedy było dostępne.
— I znowu ten lokal stworzył modę. Wystarczy spojrzeć, jakie miejsca się ostatnio otwierają w Warszawie — to głównie drink bary — podsumowuje Hubert Karsz.
Cuda na patyku
Guru warszawskich bywalców Leopold Tyrmand napisał w „Złym”, że losu kawiarni nigdy nie da się z góry wyznaczyć. Faktycznie, powstaje wiele lokali, których koncepcja wydaje się interesująca, grupa docelowa określona, adres znakomity, ale powodzenie jest mierne. Czego im więc brakuje?
— Ich właściciele nie znają się na wytrwałym prowadzeniu biznesu, nie wiedzą tak naprawdę, co chcą w tym miejscu tworzyć i, niestety, za bardzo ufają pracownikom. Nie oszukujmy się, gastronomia to branża, w której najłatwiej się kradnie, jest nieustanny kontakt z gotówką, najłatwiej oszukać. Jeżeli ktoś prowadzi bar lub restaurację i twierdzi, że nie został oszukany, to po prostu kłamie albo o tym nie wie — mówi gorzko Norbert Redkie.
Dlatego w ich gabinecie na ostatnim piętrze przedwojennej kamienicy na Powiślu wisi duży ekran z obrazem z kamer przemysłowych skierowanych głównie na kasy w ich lokalach. Na Smulikowskiego przenieśli się niedawno, kiedy biznes zaczął się rozszerzać na pokrewne dziedziny. Podczas jednej z setek rozmów o pomysłach, z którymi przychodzą do nich goście, zdecydowali, że zainwestują w kinematografię. Tak powstała spółka Mental Disorder 4, która współpracuje z młodymi twórcami, realizując ich nowatorskie pomysły (wyprodukowała m.in. filmy „Bejbi Blues” i „W imię”).
Zarządzanie MD 4 delegowali na pomysłodawczynię Agnieszkę Kurzydło. Dzielą się odpowiedzialnością, bo przyznają, że nie znają tej branży tak dobrze, jak ona. Z kolei dwa lata temu bar z lodami i oczywistą nazwą „Lody na patyku” potraktowali jako badanie rynku. Efekt przerósł oczekiwania — codziennie popyt przewyższał podaż, o braku towaru informowali popołudniami na Facebooku, co potęgowało zainteresowanie. Domowo wytwarzane lody o wymyślnych smakach mogą być hitem najbliższych wakacji, bo Grupa Warszawa rozpoczyna ich dystrybucję w sieci detalicznej. Chęć minimalizacji kosztów spowodowała również potrzebę rozpoczęcia produkcji wody. Zmrożonej.
— Szybko się zorientowaliśmy, że w naszych lokalach wydajemy olbrzymie pieniądze na lód w kostkach. A to przecież produkt śmiesznie prosty w wytwarzaniu, choć niekoniecznie na tak wielką skalę. Zainwestowaliśmy więc w maszyny do produkcji przemysłowej tego towaru i teraz nie tylko oszczędzimy na dostawach, ale również zaczniemy sprzedawać go na zewnątrz — zapewnia Hubert Karsz. I obiecuje, że cena będzie konkurencyjna. &
