Czeska droga ku samowystarczalności wiedzie na manowce

opublikowano: 27-01-2021, 20:00

Ustawę parlamentu krytykują nie tylko zagraniczni producenci żywności i przedstawiciele UE, ale także rodzimi analitycy i konsumenci.

Nie cichną krytyczne komentarze dotyczące podjętej 20 stycznia decyzji niższej izby czeskiego parlamentu. Przypomnijmy, że zgodnie z jej propozycją od 2022 r. 55 proc. produktów spożywczych sprzedawanych w sklepach powyżej 400 m kw. musi pochodzić od rodzimych producentów. Potem z roku na rok odsetek ma się zwiększać, by od 2028 r. sięgnąć 73 proc.

Beneficjent:
Beneficjent:
Pomysł, by w czeskich sklepach dominowały rodzime produkty spożywcze to woda na młyn Andreja Babiša, premiera i właściciela Agrofertu, największego w kraju producenta żywności. Przepis - jak twierdzą analitycy - uderzy w zwykłych konsumentów.
Martin Divisek

Projekt kontrowersyjnej ustawy zgłosili posłowie prawicowej, eurosceptycznej partii Svoboda a přímá demokracie, której twórcą i liderem jest Tomio Okamura, przedsiębiorca i polityk morawsko-japońskiego pochodzenia. W ich ocenie przepisy pozwolą czeskim producentów zdobyć lepszą pozycję rynkową, utrzymać zatrudnienie, a także zmniejszyć ślad węglowy związany z importem żywności oraz wzmocnić samowystarczalność żywnościową Czech. Ustawa przeszła głównie dzięki poparciu rządowych ugrupowań ANO Andreja Babiša (premier podczas głosowania był nieobecny) oraz ČSSD, a także m.in. komunistów z KSČM. Przeciwko byli opozycyjni parlamentarzyści z partii ODS, Piráti i kilku mniejszych. Podnosili m.in., że przepisy godzą w traktaty unijne. Ten sam argument wysunęli również – jak informuje serwis denik.cz - przedstawiciele Komisji Europejskiej oraz dyplomaci Austrii, Belgii, Holandii, Francji, Włoch, Niemiec, Hiszpanii i Polski.

Widmo znacznych podwyżek

Jednak spory opór – czego zapewne nie spodziewali się wnioskodawcy – pojawił się również w samych Czechach. Tomáš Prouza, prezes Stowarzyszenia Handlu i Turystyki na łamach dziennika „Blesk” stwierdził, że zniknięcie zagranicznej konkurencji – co byłoby skutkiem wejścia w życie kontrowersyjnej ustawy - będzie oznaczać wzrost cen czeskiej żywności o co najmniej 15 proc. Nic więc dziwnego, że regulacja nie przypadła do gustu także organizacjom konsumenckim. Problemów jest znacznie więcej. Przepisy mówią o tym, że sklepy mają nie tyle oferować, co sprzedawać określoną ilość czeskich towarów. Jak mają się wywiązać z tego obowiązku?

Marek Hudema, analityk portalu finmag.cz, uważa, że teoretycznie możliwe są trzy rozwiązania. Bezpośrednie przymuszenie klientów do zakupu określonych produktów, polityka cenowa, która spowoduje, że klienci będą sięgać po czeskie produkty lub/i ograniczenie ilości i dostępności towarów importowanych. Pierwsza metoda jest oczywiście w praktyce niemożliwa, bo nie można przecież wprowadzić zasady, że francuski camembert można włożyć do sklepowego koszyka dopiero wtedy, gdy ma się w nim dwa czeskie hermelíny albo kupić 100 gramów szynki z Polski pod warunkiem nabycia paczki czeskiej wędliny. Druga metoda może polegać tylko na podniesieniu ceny towarów importowanych (możliwości zmniejszenia ceny rodzimych są mocno ograniczone, szczególnie w sytuacji, gdy staną się deficytowe). Na to jednak nie mogą pójść sami handlowcy. Marek Hudema jest przekonany, że sklepikarze, a zwłaszcza sieci handlowe, zaskarżą przepisy, bo ograniczają one swobodę ich działalności gospodarczej. Regulacja jest kontrowersyjna również z tego powodu, że dotyczy tylko większych sklepów, co jest dyskryminujące i z pewnością będzie kolejnym argumentem w sądzie.

OŚ, czyli Obserwator Środkowoeuropejski
Newsletter autorski Bartłomieja Mayera
ZAPISZ MNIE
×
OŚ, czyli Obserwator Środkowoeuropejski
autor: Bartłomiej Mayer
Wysyłany raz w tygodniu
Bartłomiej Mayer
Autorski przegląd informacji gospodarczych z krajów Europy Środkowej: Ukrainy, Białorusi, Czech, Słowacji i Węgier.
ZAPISZ MNIE
Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Administratorem Pani/a danych osobowych będzie Bonnier Business (Polska) Sp. z o. o. (dalej: my). Adres: ul. Kijowska 1, 03-738 Warszawa. Nasz telefon kontaktowy to: +48 22 333 99 99. Nasz adres e-mail to: rodo@bonnier.pl. W naszej spółce mamy powołanego Inspektora Ochrony Danych, adres korespondencyjny: ul. Ludwika Narbutta 22 lok. 23, 02-541 Warszawa, e-mail: iod@bonnier.pl. Będziemy przetwarzać Pani/a dane osobowe by wysyłać do Pani/a nasze newslettery. Podstawą prawną przetwarzania będzie wyrażona przez Panią/Pana zgoda oraz nasz „prawnie uzasadniony interes”, który mamy w tym by przedstawiać Pani/u, jako naszemu klientowi, inne nasze oferty. Jeśli to będzie konieczne byśmy mogli wykonywać nasze usługi, Pani/a dane osobowe będą mogły być przekazywane następującym grupom osób: 1) naszym pracownikom lub współpracownikom na podstawie odrębnego upoważnienia, 2) podmiotom, którym zlecimy wykonywanie czynności przetwarzania danych, 3) innym odbiorcom np. kurierom, spółkom z naszej grupy kapitałowej, urzędom skarbowym. Pani/a dane osobowe będą przetwarzane do czasu wycofania wyrażonej zgody. Ma Pani/Pan prawo do: 1) żądania dostępu do treści danych osobowych, 2) ich sprostowania, 3) usunięcia, 4) ograniczenia przetwarzania, 5) przenoszenia danych, 6) wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania oraz 7) cofnięcia zgody (w przypadku jej wcześniejszego wyrażenia) w dowolnym momencie, a także 8) wniesienia skargi do organu nadzorczego (Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych). Podanie danych osobowych warunkuje zapisanie się na newsletter. Jest dobrowolne, ale ich niepodanie wykluczy możliwość świadczenia usługi. Pani/Pana dane osobowe mogą być przetwarzane w sposób zautomatyzowany, w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie się odbywało przy wykorzystaniu adekwatnych, statystycznych procedur. Celem takiego przetwarzania będzie wyłącznie optymalizacja kierowanej do Pani/Pana oferty naszych produktów lub usług.

Powrót realnego socjalizmu

Metoda trzecia, czyli zmniejszenie ilości zagranicznych artykułów spożywczych, oznacza po prostu puste półki sklepowe i powrót do realnego socjalizmu, na co oczywiście handlowcy również nie mogą sobie pozwolić.

Analityk serwisu finmag.cz dodaje, że jest jeszcze jeden sposób na realizację przepisów, z tym że oznaczałby on faktycznie obchodzenie regulacji, a przecież ustawodawcy nie o to chodziło — wystarczy, że sprowadzony z Polski, Niemiec czy Maroka produkt przepakuje się w Czechach. Konfekcjonowanie jest zaliczane do produkcji, wystarczy więc taki prosty zabieg, by importowany towar włożony do nowego pudełka momentalnie stał się „czeski”.

Zgodnie z intencją wnioskodawców jednym z celów nowej ustawy ma być zwiększenie samowystarczalności żywnościowej Czech. Problem w tym, że ich rolnictwa nie stać na samowystarczalność, i to nawet w zakresie około 100 kategorii produktów spożywczych, których ma dotyczyć nowe prawo. Owszem w niektórych segmentach produkcja jest nawet wyższa niż potrzeby wewnętrznego rynku (pszenicy wytwarza się w Czechach prawie dwa razy więcej, niż konsumuje, cukru prawie 1,5 razy więcej, mleka o 35 proc. a wołowiny o 20 proc.), jednak w innych są wyraźne braki, które można zaspokoić tylko importem. Dotyczy to zwłaszcza owoców i warzyw, a także innych gatunków mięsa, w tym szczególnie powszechnie kupowanej wieprzowiny (patrz wykres). Efektem wejścia w życie kontrowersyjnych regulacji może więc być… zmiana zwyczajów żywieniowych Czechów. Jeśli w wyniku noweli polityki cenowej sklepów za sprowadzane z zagranicy towary klient musiałby zapłacić więcej, sięgałby zapewne częściej po rodzime. Zamiast jeść ziemniaki, np. częściej będzie konsumować knedliki (z czeskiej mąki), a zamiast kupować wieprzowinę sięgnie częściej po rodzimą wołowinę.

Nieudane próby

Przedstawiciele polskich producentów żywności są przekonani, że tak sprzeczne z ideą wspólnego unijnego rynku przepisy nie mają szansy utrzymać się w kraju należącym do wspólnoty. Zresztą już wcześniej podobne próby podejmowane przez inne środkowoeuropejskie kraje kończyły się krokiem wstecz.

Analogiczną ustawę w 2016 r. przyjął rumuński parlament. Przepisy nakazywały, by połowa żywności na sklepowych półkach była rodzimego pochodzenia. Wobec groźby sporu na forum unijnym władze w Bukareszcie dość szybko wycofały się z tego pomysłu.

W 2019 r. próbę godzącej w traktaty unijne ochrony rodzimych producentów rolno-spożywczych podjęli Węgrzy i także skapitulowali.

Słowacja poszła inną drogą. W 2019 r. parlament w Bratysławie przyjął ustawę pomysłu ówczesnej minister rolnictwa Gabrieli Matečnej. Pomysł sprowadzał się do tego, że ulotki reklamowe handlowców muszą zawierać minimum połowę produktów żywnościowych słowackiego pochodzenia.

Polska jest drugim co do wielkości (pod względem wartości) dostawcą żywności na czeski rynek. Wyprzedzają nas Niemcy. Informacja o procedowanych w Czechach zmianach w prawodawstwie nie wzbudziła u nich takiego zainteresowania, jak u nas. Niemcy najwyraźniej nie przejęli się czeskimi pomysłami. Informacje o kontrowersyjnej ustawie pojawiły się natomiast w słowackich, węgierskich i bułgarskich mediach. Były jednak zazwyczaj dość lakoniczne. Także tam nie odbiły się tak dużym echem, jak nad Wisłą.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane