Czeski film

Dawid Tokarz
opublikowano: 2001-12-10 00:00

Cała historia zaczęła się niewinnie. We wtorek rano zadzwoniłem do prezesa A dużej spółki z większościowym (pośrednio) udziałem Skarbu Państwa z prośbą o odpowiedź na zarzuty, podnoszone w stosunku do niej przez przedstawicieli innej firmy. Pan prezes A poprosił o przesłanie pytań e-mailem. Uczyniłem to około południa. Bardzo szybko (dokładnie o 14.02) napłynęły odpowiedzi. Co prawda ponad godzinę później prezes A wprowadził w nich pewne zmiany, ale były mało znaczące. Sekretarkę prezesa A poprosiłem o przesłanie zdjęcia prezesa i całą historię uznałem za zakończoną. Okazało się, że to był dopiero początek!

Jeszcze tego samego dnia wieczorem dzwoni do mnie prezes A. „Przepraszam, ale w natłoku obowiązków zapomniałem dodać, że autorem odpowiedzi jest mój zastępca — wiceprezes B. W związku z tym proszę o zamieszczenie jego zdjęcia”. Powoli zaczynam czuć niepokój, bo e-mail nie tylko, że został wysłany ze skrzynki prezesa A, ale dodatkowo był podpisany jego nazwiskiem. Dzwoni telefon. Mam nadzieję, że coś się wyjaśni. „Tutaj wiceprezes B. Mam prośbę, żeby pod tymi odpowiedziami podpisać naszego dyrektora C ds. public relations”. Coraz mniej rozumiem. Wiceprezesa B proszę o uzgodnienie wspólnego stanowiska z prezesem A.

Następnego dnia następuje cała seria telefonów. Na zmianę rozmawiam z prezesem A i wiceprezesem B. Obaj przekonują, że te odpowiedzi są oficjalnym stanowiskiem zarządu. Jednocześnie ani jeden, ani drugi nie chce się pod nimi podpisać. „Mam świadka (w postaci dyrektora C), że odpowiedzi udzielał wiceprezes B. Widzi pan, z kim ja muszę pracować” — żali się prezes A. „Jestem autorem 80 proc. tych odpowiedzi, ale przesłałem je do prezesa A, myśląc, że to korespondencja wewnętrzna. Przyznaję, że sytuacja jest żenująca” — mówi wiceprezes B. Kolejnego dnia mają uzgodnić stanowisko w tej sprawie.

I tu pojawia się nowa osoba — specjalistka D ds. public relations. „Dzwonię z następującą informacją — pod wypowiedziami proszę podpisać wiceprezesa B. Zapewniam, że wyraził na to zgodę” — przekonuje. Dzwonię do wiceprezesa B. „Żeby zakończyć tę żenującą sytuację, zgadzam się” — potwierdza wiceprezes B.

To jednak nie koniec. Ostatni akt dramatu dopiero miał nastąpić. W czwartek do redakcji dotarł faks, sygnowany podpisem prezesa A. Czytamy w nim m. in.: „Proponuję wybranie jednego z trzech rozwiązań:

1. zamieścić tekst jako wypowiedź całego zarządu

2. zamieścić tekst jako wypowiedź wiceprezesa B z adnotacją, iż wyraża on stanowisko całego zarządu. Zapewne znajdzie się tam miejsce na zdjęcie wiceprezesa B

3. zamieścić tekst jako moją wypowiedź, zaznaczając, że wyrażam stanowisko zarządu w tej sprawie. Ale w takim przypadku prosiłbym o zrezygnowanie z zamieszczenia mojego zdjęcia”.

Prezes A zapewnił też, że stanowisko zarządu jest jednolite, dodając, że „jakiekolwiek sugestie na temat rzekomych roz- dźwięków w naszym zarządzie... byłyby bezzasadne i musiałyby być uznane za nadużycie. W razie zamieszczenia komentarza sugerującego takie rozdźwięki nasza firma wejdzie na drogę prawną, by dochodzić swoich racji”.