„Puls Biznesu”: Jak pan ocenia przebieg wtorkowego walnego zgromadzenia spółki Unipetrol?
Jan Schiesser, analityk praskiej spółki maklerskiej Atlantik FT: Okazało się, że — wbrew deklaracjom — nowy większościowy udziałowiec PKN Orlen nie stosuje w praktyce nowoczesnych zasad corporate government. Moja firma reprezentowała na tym zgromadzeniu akcjonariuszy mniejszościowych, w sumie posiadających niemal 8 proc. akcji. Oni są zainteresowani ochroną swoich interesów.
Przypomnę, że wielkie obawy mniejszościowych udziałowców wywołały opublikowane w prasie, głównie w „Rzeczpospolitej”, informacje o dodatkowych umowach okołoprywatyzacyjnych, w których PKN Orlen zobowiązał się do odsprzedania części firm należących do holdingu Unipetrol czeskiej firmie Agrofer, kontrolowanej przez biznesmena Andreja Babisza. Mniejszościowi udziałowcy obawiają się, że jeśli rzeczywiście dojdzie do tych transakcji, ich udziały stracą na wartości.
Na wtorkowym zgromadzeniu domagali się wprowadzenia dwóch swoich przedstawicieli do rady nadzorczej oraz zwiększenia wpływu mniejszościowych akcjonariuszy na podejmowanie kluczowych decyzji — jak np. zmia- na statusu firmy. Obie propozycje PKN Orlen zanegował. To smutne, że poważna firma zachowuje się w taki sposób.
Czy ten wynik może mieć jeszcze jakikolwiek wpływ na proces prywatyzacji Uni- petrolu?
Nie, prywatyzacji już nic nie jest w stanie zatrzymać.
Jak ją pan ocenia?
Fatalnie. Zaczęła się już w 2001 roku, a w praktyce została dokończona dopiero teraz, kiedy PKN złożył obowiązkową ofertę odkupu akcji od mniejszościowych udziałowców. Cały proces trwał zatem niemal cztery lata — czyli niedopuszczalnie długo! Niepewność panująca w tym okresie miała negatywny wpływ na sam Unipetrol, ponieważ zastopowane zostały niemal wszystkie strategiczne decyzje. Firma była wyraźnie pasywna w konkurencji na rynku.
Poza tym była to prywatyzacja na raty. Za pierwszym razem zwycięzca — Agrofert — odstąpił od umowy i nie zapłacił za Unipetrol. Zwycięzca drugiego konkursu — PKN — nie był w stanie zyskać zgody Komisji Europejskiej na przejęcie Unipetrolu szybciej niż w ciągu roku. PKN Orlen miał też kłopoty z czeską komisją papierów wartościowych. Teraz doszło do tego podejrzenie o korupcję. To wszystko trudno oceniać inaczej niż źle.
Fakt, że wygrał Orlen, uważa pan za klęskę?
Chodzi o sposób przebiegu przetargu. W drugiej prywatyzacji, w pierwszej turze, z góry wykluczono dwie firmy z krajów postsowieckich. Motywuje się to względami bezpieczeństwa. Może to i prawda, ale nie należy zapominać, że firmy z tamtego regionu mają wielką zaletę, a mianowicie bezpośredni dostęp do zasobów ropy. Ponadto te przedsiębiorstwa proponowały już w pierwszej turze około 15 mld koron, gdy PKN Orlen — 9-10. Nasz rząd twierdzi teraz, że jedynym kryterium przy sprzedaży Unipetrolu była cena. Jeśliby to była prawda, postsowieckie firmy nie powinny być wykluczone.
Z tego, co wiemy dziś o przebiegu całego procesu, wynika, że albo czeskie władze — decydując się na taki kształt prywatyzacji — popełniły serię grubych błędów, albo... albo to wcale nie były błędy.
Co pan sugeruje? Korupcja?
Faktem jest, że podejrzenia o korupcję pojawiły się i w polskich, i w czeskich mediach. Niestety, dziennikarze, przynajmniej w Czechach, koncentrują się na politycznych aspektach skandalu: komu to może zaszkodzić, kto na tym przegra, kto wygra itd.
A kto przegra?
U nas — mam wrażenie — głównym przegranym będzie były premier Stanislav Gross oraz rządząca Czeska Partia Socjaldemokratyczna. Za jego rządów zapadły kluczowe decyzje dotyczące prywatyzacji, to on jest personalnie kojarzony z Andrejem Babiszem. W dodatku parę miesięcy temu musiał ustąpić na skutek skandalu także ocierającego się o korupcję. Dziennikarze wywęszyli, że ma luksusowe mieszkanie w Pradze i Gross nie potrafił wyjaśnić, skąd wziął na nie pieniądze. Do dziś w wiarygodny sposób się z tego nie wytłumaczył. Ciąży już na nim podejrzenie o korupcję, więc pewnie to on będzie też powszechnie uznawany za winnego w sprawie Unipetrolu.
I tak jest?
Nie sposób na to odpowiedzieć — i pewnie nigdy nie będzie miarodajnej odpowiedzi. Doceniam starania nowego kierownictwa PKN Orlen i polskich władz, by sprawę wyjaśnić. Niestety: po stronie czeskiej widać raczej bagatelizowanie problemu, ewentualnie próbę zwalenia winy na dziennikarzy, interpretowanie prasowych publikacji jako „ataku na władze”... Jestem sceptyczny, jeśli chodzi o wyjaśnienie tego skandalu do końca. To nie pierwszy przypadek publicznie pojawiających się podejrzeń o korupcję przy procesie prywatyzacji — takich rzeczy było u nas w ostatnich kilkunastu latach sporo. Mimo to nie przypominam sobie, by jakakolwiek sprawa podobnego kalibru skończyła się w pełni wiarygodnym wyjaśnieniem: winni za kratki, niewinni — oczyszczeni z zarzutów. W tej aferze zachowanie polityków jest podobne. Wyraźnie starają się wykopać piłkę na aut, odciągnąć uwagę od problemu.
Trzeba pamiętać, że gdyby podejrzenia o korupcję zostały oficjalnie potwierdzone, toby otwierała się możliwość — dziś czysto teoretyczna — fundamentalnego przewartościowania prywatyzacji po stronie czeskiego rządu. Ale nawet, gdyby się znalazły dowody, to i tak byłoby to możliwe co najwyżej po wyborach parlamentarnych w 2006 r., w których obecna opozycja przejmie pewnie władzę.
Na razie jednak nie ma na to widoków. Wiem, że w Polsce działa komisja śledcza, prokuratura prowadzi dochodzenie, ale to nadal za mało. Dowody to zeznania, konkretne nazwiska, sumy łapówek itd. Niczego podobnego nikt nie pokazał.
Jan Schiesser, analityk praskiej spółki maklerskiej Atlantik FT
