Po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego (TK), uznającym prawidłowość jednorazowego zastąpienia w tym roku procentowej waloryzacji świadczeń emerytalno-rentowych kwotą równą dla wszystkich (wyszło po 71 zł brutto), polityczny kamień spadł z serca Donalda Tuska. Przypomnijmy, że ten pomysł niespodziewanie pojawił się w exposé premiera otwierającym nową kadencję, a uzasadniony został narastającym rozziewem między emeryturami wysokimi a niskimi. Trybunał orzekał w 14-osobowym składzie, z tego za orzeczeniem było 9 sędziów, 5 zaś złożyło zdania odrębne lub votum separatum.
Trybunał uznał, że ustawodawca ma swobodę w kształtowaniu mechanizmu waloryzacji. Dlatego zmiana, uderzająca w emerytury wyższe od 1480 zł miesięcznie brutto, nie narusza zaufania obywatela do państwa. Na pewno znaczenie miała skala owego uderzenia po kieszeni — najczęściej było to miesięcznie kilka lub kilkanaście złotych. Co charakterystyczne, TK powiązał wysokość świadczeń z możliwościami finansowymi państwa i podkreslił konstytucyjną wartość zapewnienia równowagi budżetowej.
Wyrok wyrokiem, ale tryb legislacyjny pozostaje zdumiewający. Ustawa była epizodyczna, jednoroczna, ale premier Donald Tusk od razu w exposé zapowiedział, że przez całą kadencję emerytów czekają… cztery takie epizody. Czemu nie jedną ustawą, od razu na cztery lata? Zapewne dlatego, że nieznane są kwoty waloryzacji 2013-15. Największą wadą waloryzacji kwotowej, podniesioną we wniosku prezydenta Bronisława Komorowskiego o jej zbadanie, jest na pewno rozchodzenie się wysokości świadczenia oraz składki. Czyli ginie sens wdrażanego od ponad dekady systemu…