Rok 2006 zapisze się w pamięci inwestorów jako jeden z najlepszych w prawie 16-letniej historii Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Nie dość bowiem, że przyniósł przedłużenie hossy o czwarty kolejny rok – co jest najdłuższą tak dobrą passą od powstania giełdy – to jeszcze portfele inwestorów puchły w szybszym tempie niż w roku poprzednim. Natomiast w pamięci większości analityków, 2006 r. powinien zapisać się jako rok sromotnej klęski prognostycznej.
W odróżnieniu od 2005 r. miniony rok był najbardziej udany dla akcjonariuszy małych i średnich spółek. WIRR, indeks spółek małej wielkości poszedł w górę aż o 132,4 proc., podczas gdy rok wcześniej zyskał na wartości tylko 15,5 proc. Zdecydowanie więcej niż rok wcześniej zarobili też akcjonariusze giełdowych „średniaków”. Mierzący ich kondycję indeks MIDWIG w 2006 r. zyskał na wartości ponad 69 proc., wobec 27,6-proc. wzrostu w 2005 r. Pogorszył za to osiągnięcia indeks spółek najcięższego kalibru. WIG20 w 2005 r. zyskał najwięcej spośród rodziny giełdowych indeksów, bo 35,4 proc. Jednak miniony rok przyniósł ochłodzenie koniunktury w tym sektorze rynku. Indeks giełdowych gigantów zyskał najmniej, bo „tylko” 23,75 proc.
Spośród poszczególnych gałęzi przemysłu reprezentowanych na giełdzie najwięcej powodów do zadowolenia mają posiadacze akcji spółek z branży budowlanej. Subindeks WIG-Budownictwo zyskał na wartości aż 148,4 proc. Największy zarobek wśród spółek budowlanych przyniósł Polnord. Akcjonariusze spółki ze stajni znanego biznesmena Ryszarda Krauzego wzbogacili się w ciągu roku o 482,7 proc. To czwarty wynik roku spośród wszystkich firm na GPW po Ponarze Wadowice (+673 proc.), Stalprodukcie (+592 proc.) i 7bulls (+506 proc.). Z kolei branżą, która wypadała najsłabiej były spółki medialne. Ich wskaźnik WIG-Media zyskał na wartości skromne 7,2 proc., głównie za sprawą przeceny akcji Agory, której akcjonariusze muszą pogodzić się z ponad 47-proc. uszczupleniem zainwestowanego kapitału. Walory wydawcy „GW” były najgorszą inwestycją 2006 r.
Miniony rok był także rekordowy pod względem aktywności inwestorów, na co złożyły się świetna giełdowa koniunktura i wysyp nowych debiutów. Łączna wartość obrotów akcjami wyniosła 320,2 mld zł, czym poprawiono poprzedni rekord z 2005 r. aż o 83 proc. W 2006 r. padł najstarszy z giełdowych rekordów – liczby transakcji dokonanych jednego dnia. 23 maja inwestorzy zawarli 110 425 transakcji poprawiając poprzedni rekord 106 436 z 31 stycznia 1994 r. W ogóle ubiegły rok przyniósł istny wysyp rekordów w niemal wszystkich obszarach. Jeśli chodzi o indeksy to poprawiały one swoje historyczne rekordy aż 450 razy! Niektóre, jak WIRR robiły to seriami po kilkanaście sesji z rzędu. Olbrzymie wzrosty wskaźników koniunktury średniaków i giełdowego planktonu mają swoje uzasadnienie w procentowym udziale inwestorów indywidualnych w realizowanych na giełdzie obrotach. W pierwszym półroczu 2006 r. wskaźnik ten wyniósł 37 proc. (wzrost o 11 proc.), a to oznacza, że indywidualni gracze odebrali palmę pierwszeństwa inwestorom zagranicznym. W 2005 r. to oni rozdawali karty, więc nieprzypadkowo najmocniej wówczas wzrósł indeks gigantów WIG20.
Hossa anno domini 2006 r. miała uzasadnienie w poprawiających się fundamentach spółek. Nie była zaś wynikiem pompowania spekulacyjnego balonu, jak to miało miejsce w I kwartale 2000 r., podczas pamiętnej hossy internetowej. O solidnych fundamentach notowanych spółek świadczą stopa dywidendy i wskaźnik cena/zysk. Obydwa obrazują poprawiającą się kondycję finansową spółek, a co za tym idzie – podstawę do wzrostu kursów akcji. Ubiegłoroczna stopa dywidendy wynosi 2,7 proc., co jest najwyższą wartością od roku 1992 r. Wypłacone dywidendy akcjonariuszom wyniosły łącznie 12,8 mld zł, czyli 62 proc. więcej niż w 2005 r. Wartość wskaźnika cena/zysk na koniec 2006 r. sięga 16,9 wobec 14,3 przed rokiem. Optymizmem na przyszłość napawa też fakt, że – poza drobnymi wyjątkami – w działaniach inwestorów generalnie nie było widać oznak euforii, owczego pędu i kupowania akcji na wyścigi. Mnogość rekordów spowszedniała do tego stopnia, że kolejne szczyty hossy nie przebijały się na czołówki gazet. Duże pieniądze lubią ciszę, więc im rzadziej rynkiem giełdowym interesują się niedoświadczeni inwestorzy, tym większa szansa na trwanie dobrej koniunktury.
To był też świetny rok na rynku pierwotnym. Ostatnio lepszym rokiem pod względem giełdowych debiutów był rok 1998 r. gdy na giełdzie pojawiło się 57 emitentów. W 2006 r. na giełdową ścieżkę rozwoju wkroczyło 38 spółek w tym 6 zagranicznych. Wśród nich znalazł się czeski gigant energetyczny CEZ, który pod względem kapitalizacji jest największą spółką warszawskiej giełdy. W dniu debiutu 25 października jego wartość rynkowa przekraczała 71 mld zł. Kapitalizacja całej giełdy na koniec roku osiągnęła wartość 635,9 mld zł, z czego na spółki polskie przypada 437,7 mld zł, co oznacza wzrost o 40 proc. wobec końca 2005 r. Stosunek kapitalizacji krajowych firm giełdowych do PKB Polski wynosi około 45 proc. Giełda w coraz większym stopniu staje się więc barometrem polskiej gospodarki, ale by w pełni mieć prawo do takiego miana potrzeba będzie zapewne jeszcze kilku lat. Dla porównania przy tzw. anglosaskim typie rynku kapitalizacja giełdy przekracza nawet 100 proc. PKB. Rok 2007 w opinii Ludwika Sobolewskiego, prezesa GPW będzie pod względem liczby debiutów jeszcze lepszy. Szef giełdy chce powitać aż 60 nowych spółek.
Czy po tak świetnym roku jak 2006 możliwe jest, żeby kolejny był jeszcze lepszy? Zapewne większość znawców rynku zachowałaby daleko posuniętą ostrożność lawirując między skrajnymi odpowiedziami. Dokładnie tak jak to robili rok temu prognozując los trendu po także bardzo dobrym 2005 r. Jednak takiego rozwoju giełdowej koniunktury w 2006 r., jaki obserwowaliśmy, nie spodziewał się chyba żaden z analityków. Na przełomie 2005/2006 wśród obserwatorów rynku przeważały opinie, że po trzech latach hossy giełdzie należy się odpoczynek. Przebąkiwano o rychłym końcu trendu wzrostowego. Rzadziej słychać było głosy o kontynuacji dobrej koniunktury, a jeśli już – to tempo wzrostu miały być wolniejsze niż w 2005 r. Oto kilka przykładów nietrafionych prognoz na 2006 r., publikowanych rok temu:
- „Nawet jeśli PKB wzrośnie o zakładane przez rząd 4,3 proc., może się okazać, że indeksy nie powtórzą tegorocznych wzrostów. WIG20 musiałby przecież kończyć następny grudzień na poziomie 3550 pkt. To mało prawdopodobne, zwłaszcza przy braku poważnych reform. Nadchodzący rok może nie być już tak przyjazny dla giełdowych graczy.”
- „Ten rok przerwie serię wzrostów na GPW. Polskie spółki poprawią wyniki, ale ich dynamika będzie niższa niż w 2005 r. Zresztą poprawa rezultatów już jest wkalkulowana w ceny akcji. Zerkający na warszawski parkiet inwestorzy powinni też pamiętać, że jeszcze nigdy indeks WIG nie rósł cztery lata z rzędu.”
- „Jesteśmy blisko ostatniej, euforycznej fazy hossy. Ale całkiem spore wzrosty mogą jeszcze potrwać. Dopiero kiedy inwestorzy uznają, że prognozy były zbyt optymistyczne, zaczną wyprzedawać akcje i hossa się skończy.”
Cóż, większość specjalistów się pomyliła udowadniając zarazem prawdziwość jednej z najbardziej znanych giełdowych formułek „większość nie ma racji”. Mylono się nie tylko w prognozach długoterminowych. Jeden z giełdowych speców (nazwisko litościwie przemilczymy) przewidywał duży spadek indeksów dosłownie na dzień przed eksplozją tzw. efektu stycznia, pisząc: „Po niezwykle udanym 2005 r. na początku stycznia inwestorzy powinni odpocząć. Dlatego spodziewam się niewielkich obrotów, czemu może towarzyszyć przecena. Indeksy są już tak wysoko, że korekta wydaje się jak najbardziej pożądana. Sądzę, że w najbliższych dniach WIG20 straci 100-150 pkt.” Nic bardziej błędnego. WIG20 wzrósł w styczniu 2006 r. o 5,6 proc., a MIDWIG skoczył aż o 21,3 proc. Jaki więc będzie nowy 2007 rok? Opinie analityków są dziwnie podobne do głoszonych 12 miesięcy wcześniej:
- „Wzrosty indeksów mogą nie być już tak duże, jak w 2006 r. Możemy obserwować dużo większą nerwowość i większe wahania kursów”
- „Wycena części spółek jest mocno zawyżona. Dlatego przydałaby się kilkunastoprocentowa korekta. Niewykluczone, że tuż po Nowym Roku”
Z powyższych przykładów widać duże asekuranctwo analityków. Trudno się temu zresztą dziwić, bowiem mniej gromów na głowę analityka spadnie, gdy nie przewidzi hossy niż gdy nie ostrzeże przed bessą. Tymczasem polski rynek kapitałowy jest w niemal identycznej sytuacji jak przed rokiem – indeksy są tuż pod ustanowionymi w grudniu szczytami, prognozy dotyczące rozwoju gospodarczego są lepsze niż na rok poprzedni. A mimo to teraz też słyszy się głosy o nieuchronnej, dużej przecenie na giełdzie. Nie można jej oczywiście wykluczyć. Ale zagrożeń jest jakby mniej. Wygląda na to, że w zasadzie tylko ewentualne pogłębienie korekty kursu miedzi może popsuć humory inwestorom. Metal ten w ostatnich tygodniach mocno staniał. Ta niekorzystna tendencja może, choć nie musi, być kontynuowana. Gdyby tak się stało, w dół pójdzie kurs KGHM, jednej z największych a przez to mającej duży wpływ na WIG20, spółek na warszawskiej giełdzie. Akcjonariusze KGHM już nie raz udowadniali, że samodzielnie mogą rozstrzygać o losach całej giełdy w nawet kilkutygodniowej perspektywie czasowej.
Artur Szymański,[email protected]2007.01.01