Czytasz dzięki

Czysta esencja

opublikowano: 25-06-2020, 22:00

Projektowanie nie kończy się, kiedy nie można już niczego dodać, lecz gdy nie da się niczego odjąć. Dizajn w oczach Mateusza Przystała to przede wszystkim spójna koncepcja.

Mateusz Przystał nie ogranicza się do projektowania dla jednej branży. Na koncie ma kreacje dla marek samochodowych, współprojektowanie stacji benzynowej Moya przy ul. Ordona w Warszawie, meble metalowe dla firmy Metalkas, karoserię i wnętrze autobusu, wagon restauracyjny WARS w pociągu Pesa Dart, elektryczną wersję roweru Kosynier, a także grafikę dla zespołu Ferrari Katowice, który ściga się w serii Ferrari Challenge. Pracował też przy projekcie trójkołowca dla Przemysłowego Instytutu Motoryzacji, a kilka lat temu nawiązał współpracę z Bartoszem Knopem i trójmiejską firmą zegarmistrzowską Balticus. To tylko wybrane kreacje, bo nie o wszystkich może mówić.

Mateusz Przystał projektuje m.in. samochody osobowe i inne 
środki transportu, a także zegarki. Uważa, że każda kreacja czegoś uczy i
 stawia nowe wyzwania. W przypadku autobusu czy auta dostawczego jest to
 zdefiniowanie na nowo prostopadłościanu, natomiast przy tworzeniu 
czasomierzy trzeba operować nawet tysięcznymi częściami milimetra.
Zobacz więcej

Precyzja.

Mateusz Przystał projektuje m.in. samochody osobowe i inne środki transportu, a także zegarki. Uważa, że każda kreacja czegoś uczy i stawia nowe wyzwania. W przypadku autobusu czy auta dostawczego jest to zdefiniowanie na nowo prostopadłościanu, natomiast przy tworzeniu czasomierzy trzeba operować nawet tysięcznymi częściami milimetra.

Nietypowy początek

Pierwsze kroki w zawodzie stawiał jako… piętnastolatek. Pracował pod okiem Janusza Kaniewskiego, współautora aktualnego logo koncernu Fiat i projektanta tworzącego m.in. dla Ferrari.

— Z racji zainteresowań motoryzacyjnych słyszałem o Januszu Kaniewskim, już kiedy byłem chłopcem — rozpoczyna Mateusz Przystał. Odważnie skontaktował się z biurem projektanta i umówił na spotkanie ze swoim przyszłym mentorem. 15 września 2010 r. w warszawskiej restauracji nastoletni Mateusz zaprezentował swoje prace, a Janusz Kaniewski omówił każdą z nich.

— Spędziliśmy razem kilka godzin. W pewnym momencie projektant stwierdził, że widzi we mnie młodego siebie i zaproponował mi staż — wspomina Mateusz Przystał.

Dzięki współpracy z Januszem Kaniewskim udoskonalił swój warsztat.

— Gdy się poznaliśmy, byłem w trzeciej klasie gimnazjum. Uczyłem się w Grudziądzu. Chociaż nie mogłem być stale w warszawskim studiu Janusza, spędzałem tam znaczną część ferii i wakacji — podkreśla Mateusz Przystał.

Kiedy przyszedł czas wyboru studiów, padło na architekturę na Politechnice Warszawskiej. Architektura nie była jednak jego światem, młody projektant nie chciał brnąć w to, co w czym się nie spełniał. Zrezygnował. Potem jednak wznowił studia na Wydziale Wzornictwa warszawskiej ASP — w tym roku otrzyma dyplom.

— Spędziłem też pół roku w Vysokej Škole Výtvarných Umení (VŠVU) w Bratysławie, gdzie pod okiem Štefana Kleina, projektanta samochodów, współpracowałem przy projekcie dla Volkswagena — mówi Mateusz Przystał.

Trzy lata po śmierci Janusza Kaniewskiego rozpoczął działalność na własny rachunek.

— Przez dwa lata współpracowałem jako niezależny projektant z klientami z różnych branż i zajmowałem się każdym aspektem funkcjonowania mojej firmy. Nie czułem jednak satysfakcji. Sprawy administracyjne i stricte biznesowe tylko mnie rozpraszały. Chciałem się skupić na projektowaniu i głównie temu poświęcać uwagę. Dlatego w tym roku założyłem ze wspólnikiem studio D61 Design. Piotr Luty zdjął mi z barków część biznesową, więc teraz mogę się w pełni oddać kreacji — twierdzi Mateusz Przystał.

Jego wspólnik wywodzi się ze świata biznesu. Piotr Luty pracował dla Audi, Volkswagena, Mercedesa, zarządzał spółkami w Grupie Kapitałowej Sobiesława Zasady.

— Dotychczas był po drugiej stronie barykady jako odbiorca usług projektowych. Z dizajnem miał styczność jako przedsiębiorca, klient — mówi Mateusz Przystał.

Projektowe DNA

Od wczesnej młodości pasjonowało go projektowanie samochodów.

— Wychowałem się na tzw. branży automotive, stąd wywodzi się moje DNA. Nie zostałem jednak projektantem aut osobowych, który pracuje w koncernie konkretnej marki. Na pewnym etapie zobaczyłem, że dużo więcej frajdy i wyzwań zawodowych przynosi projektowanie innych środków transportu. Ciekawsze niż wykreowanie kolejnego superauta jest np. zdefiniowanie na nowo prostopadłościanu, którym niewątpliwie jest autobus, tramwaj czy samochód dostawczy — uważa Mateusz Przystał.

Młody projektant nie poprzestaje na transporcie. Jego kreacje są nawet… noszone na nadgarstkach. Zegarek marki Balticus, który zaprojektował, jest już w sprzedaży, a dwa kolejne modele w fazie prototypowania.

— Każdy projekt, nawet najmniejszy, jest równie wartościowy, ponieważ uczy czegoś nowego, porusza inny problem. Ba, czasem mniejsze projekty stawiają znacznie więcej pytań niż duże — twierdzi Mateusz Przystał.

Projekty rzucają też wyzwania. Na przykład przy tworzeniu zegarka musiał operować nie milimetrami, lecz dziesiętnymi, setnymi, a nawet tysięcznymi częściami milimetra.

— Elementy muszą być idealnie dopasowane. Istotne są kwestie produkcyjne, upakowanie wszystkiego, co konieczne, w jak najmniejszej obudowie i do tego zagwarantowanie jak najkorzystniejszej ceny. Mały zegarek jest bardziej złożonym produktem niż duży stół — uważa Mateusz Przystał.

Projektant jest łącznikiem między producentem i konsumentem, musi więc stworzyć coś, co zadowoli obie strony. To bywa trudne. Niekiedy brakuje świadomości realnych potrzeb użytkownika, co zdaniem Mateusza Przystała jest błędem. Firmy mogą tylko skorzystać, słuchając swoich odbiorców.

— Ogromnie ważne są dla mnie odczucia końcowego użytkownika. Jakie emocje będą się wiązały z przedmiotem, czym się on dla niego stanie. Jak to zrobić, by chciał z tego produktu korzystać i czerpał z niego radość. Dużo łatwiej jednak zauważyć niedociągnięcia, które powodują dyskomfort, niż docenić coś, gdy działa poprawnie. Tego przecież oczekujemy — aplikacja powinna być intuicyjna i funkcjonalna, wiertarka musi dobrze leżeć w dłoni, a krzesło być wygodne. Jeśli takie będzie, pochwalimy je przy pierwszym kontakcie, a potem szybko się przyzwyczaimy do jego wygody. Kiedy jednak komfortowe nie będzie, odczujemy to zawsze, gdy na nim usiądziemy, a negatywna emocja powróci za każdym razem. Niewygodne krzesło stanie się tylko rzeźbą, elementem wystroju zamiast częścią życia codziennego. Celem nadrzędnym jest zatem to, by krzesło było nie tylko ładne, lecz by korzystanie z niego było przyjemnością — wyjaśnia Mateusz Przystał.

Marki zyskują świadomość

Polskie firmy przywiązują coraz większą wagę do spójnej identyfikacji wizualnej i wzornictwa produktów. Niewątpliwie pomogła w tym rosnąca konkurencja. Kiedy w sklepie klient ma do wyboru kilka bardzo podobnych produktów, chętniej wybierze ten, którego opakowanie zachwyci go estetyką.

— Warto mieć świadomość, że dobry i zły dizajn kosztują tyle samo, choć z reguły zły jest tak naprawdę droższy. Potrzeba więcej wysiłku, by go wdrożyć, sprzedać, a potem poprawić i zatrzeć złe wrażenie po nim. Cieszy mnie, że zwiększa się tego świadomość na polskim rynku — podkreśla projektant.

Niestety spotkał się też z podejściem, że zatrudnienie projektanta tworzy tylko niepotrzebne koszty, że firmy na to nie stać albo że taki wydatek się nie zwróci. Uważa, że to nieprawda.

— Rolą projektanta nie jest zrobienie laurki, oddanie projektu bez względu na możliwości produkcyjne, podpisanie się, skasowanie dużych pieniędzy i zapomnienie o sprawie. Projektant przez swoją pracę ma także zwiększyć zysk klienta. Projektowanie jest dużo bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. To nie tylko przykucnięcie z kartką papieru i narysowanie ołówkiem ładnego obrazka. To proces poprzedzony badaniami i audytami, by sprawdzić, co działa, a co nie spełnia swoich funkcji, jak wyeliminować błędy i ustrzec się kolejnych, a także jak poprawić pewne rozwiązania, by funkcjonowały jak należy. Trzeba się dowiedzieć, dla kogo projektujemy, kto jest naszym odbiorcą i jak go zachęcić, by do nas wrócił, a także co zrobić, by zdobyć nowych klientów, którzy dotychczas korzystali z produktów konkurencji. Na projekt trzeba spojrzeć bardzo szeroko, pod każdym kątem. Tym bardziej że przedsiębiorcy coraz częściej myślą globalnie i chcą wyjść poza rodzimy rynek — mówi Mateusz Przystał.

Praca projektanta — jego zdaniem — nie ogranicza się do stworzenia kreacji. Dobry projektant pozostaje ze swoim konceptem do końca, rozmawia z producentem, słucha głosu rynku, analizuje jego zachowania i odpowiada na zmieniające się potrzeby.

— Im więcej ograniczeń, problemów, wymagań czy pytań, tym większa stymulacja kreatywności. Jeśli mamy nieograniczony budżet, zero ograniczeń produkcyjnych, wszystko jest możliwe i wiemy, że cokolwiek byśmy zrobili, to produkt i tak się sprzeda, to jakie w tym wyzwanie? Paradoksalnie wtedy projektuje się najtrudniej. Możemy też złapać się na myśleniu, co by tu jeszcze dorobić. A nie o to chodzi. Projektowanie nie kończy się wtedy, kiedy nie można już niczego dodać, lecz wtedy, gdy nie można niczego odjąć. Wówczas pozostawiamy czystą esencję — puentuje Mateusz Przystał.

SZYMON MAJ

W „Pulsie Biznesu” od 2019 r. Najczęściej pisze o crowdfundingu udziałowym, obserwuje startupy i młode spółki. Kiedy nie pisze, to słucha, najczęściej Rachmaninowa i Griega.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Szymon Maj

Polecane