Dama z dystrybutorem

Marlena Gałczyńska
02-05-2003, 00:00

Aurelia Kuran-Puszkarska jedną ręką dowodzi Polską Izbą Paliw Płynnych, której jest prezesem, a drugą — kieruje własnym przedsiębiorstwem Aurex. Zdecydowana i — mówią — charyzmatyczna, stawia mężczyzn w obliczu faktów dokonanych. Zamiast marzyć — planuje. Za największy sukces życiowy bez wahania uznaje utrwalenie udanych relacji i z córkami, i z pracownikami.

Przygoda Aurelii Kuran-Puszkarskiej z wyjątkowo męską branżą — paliwową — rozpoczęła się nadzwyczaj nietypowo, bo z przypadku i konieczności jednocześnie. Przez większość życia Aurelia Kuran-Puszkarska była urzędniczką — początkowo w Instytucie Energetyki, a potem Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Dni płynęły spokojnie... Aż nastał rok 1990 — początek nieoczekiwanej, lecz owocnej samodzielności.

Zawsze dążyła, by robić coś samodzielnie. Charakter pomógł w nieoczekiwanym osiągnięciu celu.

— Córki twierdzą, że mam „rudy charakter”. Być może coś w tym jest, bo 13 lat temu po kłótni z dyrektorem w ministerstwie — wyszłam od niego „razem z drzwiami”... Miałam 40 lat. Pół roku byłam bezrobotna — wspomina pani prezes.

Zwykła opowieść: pieniądze coraz bardziej topniały, a desperacja — rosła. W końcu stłumiła dumę i odpowiedziała na ofertę pracy dla sekretarki.

— Ja, pracownik naukowy! Wystroiłam się w szpilki, do których nie byłam przyzwyczajona, i pojechałam w kierunku lotniska Okęcie, gdzie mieściła się pewna prywatna firma. Byłam wystraszona, pewna obaw, nic więc dziwnego, że szpilki tylko zaszkodziły. Idąc po schodach, potknęłam się i — chcąc się ratować — przypadkowo pociągnęłam za dźwignię. Wyłączyłam prąd w całym budynku! Wybiegł jakiś mężczyzna i nakrzyczał na mnie, że aż strach. Nie pozostałam dłużna. Później okazało się, że to właściciel... Stwierdził krótko, że na sekretarkę się nie nadaję, ale w firmie potrzeba menedżera. W końcu i tak nie objęłam tego stanowiska. Zrezygnowałam, gdyż przyjrzałam się pracy cudzej — małej i prywatnej — firmy — opowiada Aurelia Kuran Puszkarska.

Mówi wprost, że o tym, co ich czeka, nie mieli bladego pojęcia, kiedy postanowili z mężem zająć się prowadzeniem własnej firmy. Powstał Aurex. W 1991 roku państwo Puszkarscy — wraz z innymi przedsiębiorcami z branży — uczestniczyli w założeniu Polskiej Izby Paliw Płynnych.

Receptę na postępowanie z mężczyznami Aurelia Kuran-Puszkarska formułuje dość krótko: zawsze chwalić!

— Moim zdaniem, mężczyźni w ogóle nie są przystosowani do pracy z kobietami, a już kobiety szefowe to dla nich dziwadło. Doskonale to widzę podczas mojej pracy w izbie. Zaraz po wyborze na prezesa członkowie oczekiwali, że natychmiast wybiorę wiceprezesa — i po prostu oddam mu pałeczkę. Wtedy zgłosiłam pierwsze weto. Teraz stawiam na swoim, o trudnych decyzjach zawiadamiam post factum i — nie przeczę — miewam ciężkie przeprawy. Ale uważam, że w prowadzeniu izby osiągnęłam pewien sukces. Wyprowadziłam ją m.in. z zapaści finansowej, zbliżam się też do osiągnięcia celu głównego: organizacji skutecznego lobbingu, wspierającego postulaty naszej izby — mówi.

Propozycję, by zgłosiła kandydaturę na fotel prezesa izby, usłyszała podczas pobytu na Śląsku. Wspomina, że podróż samochodem do Warszawy ze znajomym z branży trwała tak długo, że — dla świętego spokoju — postanowiła się zgodzić. Dopiero później wyszło na jaw, że innego kandydata nie było... No i została prezesem Polskiej Izby Paliw Płynnych.

— Sytuacja Izby była tragiczna. Zapaść finansowa, nieopłacne rachunki za kilka miesięcy. Na początek wybrałam nowego, młodego dyrektora, który miał zarządzać izbą na co dzień. Postanowiłam zebrać myśli. Zapakowałam do samochodu psa i pojechałam do Sopotu. Zawsze w trudnych chwilach gna mnie nad Bałtyk albo na Mazury — w miejsce, gdzie milkną nawet komórki. Ale po trzech dniach mój dyrektor porzucił stanowisko... W takiej sytuacji najłatwiej byłoby zrezygnować. Ale ambicja nie pozwalała... Pojawił się ktoś nowy — i jakoś to poszło. A ja — z dnia na dzień — coraz więcej wiedziałam o akcyzie, podatkach, imporcie i innych zagadnieniach w skali makro. Kiedyś były dla mnie czarną magią — mówi o swoim starcie Aurelia Kuran-Puszkarska.

Dzień rozpoczyna przed godziną 6, pracę kończy zwykle kończy koło godziny 17 czy 18. Chyba że wybucha jakiś pożar i trzeba interweniować. Twierdzi, że nie jest pracoholiczką, gdyż po prostu lubi pracować, a tego nie należy traktować jako negatywnego uzależnienia.

— Zaczynam dzień od wielkiego kubka kawy. Później przez jakieś pół godziny po prostu siedzę w salonie, kontempluję, patrzę na las za oknem i na goniące się wiewiórki. Te małe spryciary prawdopodobnie próbują wybierać ptakom jajka z gniazd. Często dochodzi do awantur. Czasami łapię się na tym, że — zapomniawszy się — gnam przez las, by wyrwać ze szponów rozzłoszczonych ptaków nieszczęsną wiewiórkę. Coraz częściej czuję zmęczenie, a czasem także smutek. Gdy wracam do wielkiego domu — mąż jest za granicą, córki mają swoje życie — a ja słyszę swój oddech, nieproszone łzy same pojawiają się w oczach. A przecież uważam się za twardą kobietę. Wówczas — znów — jedynym lekiem na melancholię pozostaje praca — zwierza się Aurelia Kuran-Puszkarska.

Jej działalność w PIPP to — w dużej mierze — środek zaradczy na zbyt wczesne wypuszczenie dzieci z domu. Gdy miały 17 lat dostały plecaki do rąk i zaczęły sobie radzić same. Metoda podziałała. Starsza córka jest pilotem i prowadzi boeingi. Młodsza, która zawsze miała artystyczną naturę ku zaskoczeniu wszystkich rozpoczęła w Rzymie studia na kierunku stosunki międzynarodowe.

— Mimo tej ich nieobecności wciąż za jeden z największych sukcesów życiowych uważam świetny kontakt z dziećmi, podobnie jak z pracownikami, którzy po prostu ode mnie nie odchodzą. Córki wiedzą, że z problemem mogą zadzwonić do mnie o każdej porze dnia i nocy. Są całkowicie samodzielne, ale też przez całe dzieciństwo tego właśnie je uczyłam — mówi pani Aurelia.

Życiowe zasady Aurelii Kuran-Puszkarskiej? Proste: praca, uczciwość, konsekwencja i trochę sprytu. Nie zastanawia się, jak inni na nią patrzą i nie zależy jej na promocji. Jest z siebie zadowolona i twierdzi, że nic w swoim życiu by nie zmieniła. Twardo stoi na ziemi — nie jest marzycielką.

— Raczej planuję, niż marzę. Marzenia to za wielkie słowa — być może brakuje mi fantazji? Ale plany mam konkretne. Najbliższe to Targi Paliw 2003. I wakacje. O tak „marzy mi się” urlop! — mówi ze śmiechem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marlena Gałczyńska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Transport i logistyka / / Dama z dystrybutorem