Dla MSC odpowiednikiem Klausa Schwaba, czyli ojcem założycielem, był w 1963 r. Ewald-Heinrich von Kleist-Schmenzin (zmarł w 2013 r.), który jako młody porucznik Wehrmachtu uczestniczył w 1944 r. w zamachu na Adolfa Hitlera, ale uniknął losu spiskowców. Przez ponad pół wieku obie globalne inicjatywy, bliskie geograficznie i kalendarzowo, urosły w potęgi na ścieżkach równoległych. Ciut inne, ale w gruncie rzeczy podobne są zasady ich finansowania. WEF kręci się dzięki wysokiemu wpisowemu globalnych krezusów, natomiast zrzutki na MSC dokonuje jedna branża, ale wyjątkowa – zbrojeniowa, przy dofinansowaniu niemieckiego resortu obrony. Prawdziwe cele obu inicjatyw są tożsame, bo teoretycznie chodzi o takie ukierunkowanie burzy mózgów zgromadzonej elity, aby przynosiła ona korzyść ludzkości, natomiast praktycznie – przede wszystkim fundatorom/sponsorom. Humanistyczny lejtmotyw MSC od początku brzmi „Pokój przez dialog”, lecz realnym drogowskazem biznesu zbrojeniowego jest starorzymska maksyma „Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny”. Notabene MSC od początku tworzy wizerunkową przykrywkę złowieszczej symboliki Monachium – tam od nieudanego puczu w 1923 r. zaczął marsz po władzę Adolf Hitler, zaś iluzoryczny pokój na konferencji w 1938 r. doprowadził do wybuchu drugiej wojny światowej.
Władze Polski od zmiany ustroju traktują MSC sinusoidalnie, podobnie zresztą jak WEF. Rok temu i w Davos, i w Monachium stawili się zarówno Andrzej Duda, jak też Mateusz Morawiecki. Po zmianie rządu 54. edycję WEF w styczniu obstawiał tylko prezydent, zaś 16-18 lutego w 60. MSC czynny udział wziął minister Radosław Sikorski. Premier Donald Tusk raczej nie uważa uczestniczenia w takich eventach za efektywne. MSC jest liczebnie mniejsza niż WEF, ale też znacząca, w miniony weekend przewinęło się około 700 uczestników. Elitarna zbiórka w luksusowym hotelu Bayerischer Hof skupia prezydentów, premierów, ministrów obrony i spraw zagranicznych, urzędników wysokiego szczebla, a także ekspertów międzynarodowych, sektor prywatny, naukę i media. Naturalne jest pytanie o przekładalność na konkrety debat i konkluzji, które przecież nie owocują żadnymi formalnymi decyzjami. Generalnie w Monachium zbiera się szeroko rozumiany Zachód, ale paradoksalnie w XXI wieku najbardziej znaczącym i zapamiętanym konkretem było wystąpienie na 43. edycji w 2007 r. prezydenta Władimira Putina. Zaskoczył wszystkich ostrym atakiem na USA i NATO, zarzucając Zachodowi, że wykorzystując upadek ZSRR dąży do świata jednobiegunowego pod hegemonią USA, czego Kreml nigdy nie zaakceptuje. Tamten szokujący atak werbalny cara uznano za histerię, jako że Rosja wtedy uczestniczyła przecież w szczytach G8 i współpracowała z NATO. Rok później jednak uderzyła na Gruzję, a od 2014 r. militarnie zabrała się za Ukrainę…
Dwa lata temu uczestnicy 58. MSC rozjeżdżali się 20 lutego, zaś 24 lutego Putin wydał zbrodniczy rozkaz do pełnoskalowej wojny. Lejtmotyw tamtej konferencji brzmiał „Odwrócić bieg rzeczy, oduczyć się bezradności”, ale już po czterech dniach brutalna rzeczywistość dowiodła naiwności Zachodu i iluzoryczności jego haseł. Tegoroczna 60. MSC naturalnie zdominowana została nie tylko, przed druga rocznicą, agresją Rosji na słabnącą Ukrainę, lecz nowym, jeszcze bardziej krwawym konfliktem izraelsko-palestyńskim. Obecny osobiście prezydent Wołodymyr Zełenski enty raz usiłował uzmysłowić Zachodowi różnicę między grami wojennymi prowadzonymi w domowym cieple na ekranach komputerów a tragedią Ukrainy w realu. Odniósł się do „sztucznego deficytu” amunicji i ponowił wezwania do szybszych dostaw pocisków artyleryjskich oraz rakiet dalekiego zasięgu. Zbiegło się to z nieuniknionym już od wielu tygodni oddaniem przez armię ukraińską strategicznej Awdijiwki w obwodzie donieckim, co dla Kremla stało się największym sukcesem militarnym od dziewięciu miesięcy. Niestety dla Ukrainy – bardzo konkretnym i strategicznym, a nie jedynie propagandowym.
Na froncie izraelsko-palestyńskim także nie widać jakichkolwiek sygnałów choćby zawieszenia broni. Liczba ofiar cywilnych uderzenia Izraela na strefę Gazy przewyższyła już dwadzieścia razy liczbę Izraelczyków zamordowanych 7 października podczas prowokacyjnego przygranicznego ataku Hamasu. Odwetowa operacja zbrojna, czyli po prostu pełnoskalowa wojna, pod względem brutalności mierzonej liczbą ofiar i skalą zniszczeń nie da się porównać z którąkolwiek z dotychczasowych odsłon konfliktu izraelsko-palestyńskiego, a nawet szerzej – izraelsko-arabskiego, z uwzględnieniem wojen w latach 1948, 1956, 1967, 1973 oraz 1982 (na terenie Libanu). W tej sytuacji nadzieje gospodarzy MSC, że w kuluarach uda się doprowadzić do choćby rozmowy obecnych w Monachium osobiście prezydentów Izraela oraz Autonomii Palestyńskiej, były oczywiście mirażem.
Tegoroczna MSC zdominowana została jeszcze innymi hiobowymi wieściami. W pierwszym dniu konferencji zachodni świat przeżył szok po śmierci Aleksieja Nawalnego w kolonii karnej na północnej Syberii. Odszedł niezłomny krytyk cara Putina, praktycznie ostatni wewnątrz Rosji. Właśnie w tym celu, żeby starać się wpływać na społeczeństwo rosyjskie od środka, a nie z zagranicy Nawalny odrzucił wygodną emigrację i wrócił do kraju – po śmierć. Poza tą tragedią, oliwy do ognia w Monachium dolał zdalnie Donald Trump, który ostatnio kilka razy potwierdził, że nie chce już oferować krajom NATO, które nie wywiązują się ze swoich zobowiązań finansowych, ochrony wojskowej przed Rosją. Plany byłego, ale być może również przyszłego prezydenta USA oczywiście zostały ostro odrzucone zarówno przez NATO, jak też przez politycznego gospodarza 60. MSC, czyli niemiecki rząd. Pozostaje pozostać przy nadziei, że to jedynie wyborcza retoryka Trumpa i w razie jego zwycięstwa w amerykańskim głosowaniu 5 listopada przynajmniej NATO-wskich realiów nie będzie jednak dotyczył pesymistyczny tytuł tego tekstu.

