Debiut rozłożony na raty

Kamil Kosiński
opublikowano: 2008-10-15 00:00

Nawet w najtrudniejszych czasach można z sukcesem doprowadzić do upublicznienia spółki.

Historia upublicznienia spółki Emax pokazuje, jak ważny jest dobry pomysł

Nawet w najtrudniejszych czasach można z sukcesem doprowadzić do upublicznienia spółki.

Mniej więcej wtedy, gdy w gdańskiej Olivii miała miejsce manifestacja poparcia dla nowo powstającej Platformy Obywatelskiej, poznańska spółka informatyczna Emax ujawniła, że chce przeprowadzić publiczną emisję akcji. Był początek 2001 r., rok po tym, jak za oceanem pękła bańka internetowa. W Polsce za kilka miesięcy spektakularną klapą miała się skończyć działalność portalu Arena.pl.

Zgubna pewność siebie

Emax złożył prospekt emisyjny jeszcze w 2000 r. Zakładał, że nowa emisja będzie połączona z ofertą sprzedaży akcji należących do dotychczasowego właściciela oraz programem opcji menedżerskich. Inwestorom instytucjonalnym zaoferowano 1,4 mln akcji, indywidualnym — 300 tys., a menedżerom — 250 tys. Firma sza- cowała, że cena waloru zamknie się w przedziale 63-75 zł, a do nowych właścicieli trafi 43 proc. kapitału.

Zapisy na akcje zaczęły się pod koniec czerwca 2001 r. Trwała bessa — indeksy giełdowe od tygodni leciały w dół. Ostatecznie cenę emisyjną ustalono zaledwie na 48 zł. Spółka miała uzyskać z rynku ponad 40 mln zł, drugie tyle miało trafić do BB Investment — dotychczasowego właściciela prawie 100 proc. akcji. Plan jednak zawiódł. Zawinił niefortunny zapis w prospekcie emisyjnym. Do zamknięcia emisji konieczne było objęcie 100 proc. akcji, a oferent nie przewidział możliwości przesunięcia między transzami, co mogło być pomocne z racji nadsubskrypcji w transzy instytucjonalnej i niedoborze zapisów w transzy inwestorów indywidualnych.

— Przy takim zapisie wystarczy, że z 1 mln nie sprzeda się dosłownie jedna akcja i cała emisja sie nie udaje. Nałożenie takiego ograniczenia okazało się z perspektywy czasu nierozsądne. Ale na fali hossy internetowej nie przyszło nam do głowy, że może być z tym problem — wyjaśnia Piotr Kardach, prezes Emaksu, który po fuzji z Computerlandem przyjął nazwę Sygnity.

Niby emisję zawsze można powtórzyć, ale już we wrześniu 2001 r. doszło do wielkich zamachów terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych. Na rynkach finansowych zrobiło się naprawdę nerwowo.

Debiut bez IPO

W październiku 2002 r. Emax złożył wniosek o dopuszczenie do obrotu giełdowego niemal 1,7 mln akcji — prawie tylu, ile chciał sprzedać półtora roku wcześniej.

Do debiutu na parkiecie doszło pod koniec listopada 2002 r. Ale — uwaga! — nowi akcjonariusze nie objęli przy tej okazji żadnej akcji. Emax zadebiutował, nie przeprowadzając publicznej emisji. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) ustaliła kurs odniesienia na pierwszą sesję na poziomie zaledwie 1 zł.

Dlaczego tak tanio? Do obrotu trafiały papiery nabywane przez akcjonariuszy Emaksu za 1 zł. GPW, nie mogąc oszacować ich faktycznej wartości, nie mogła wyznaczyć wyższego kursu, gdyż w takim przypadku pojawiłoby się ryzyko nadpodaży tanich akcji. Jednak już następnego dnia w dziewięciu transakcjach pakietowych właściciela zmieniło aż 720 tys. walorów. Nabywcy płacili 36 zł za jeden.

— Jeżeli następnego dnia po dopuszczeniu do obrotu właściciela zmienia taka liczba akcji, to nie dzieje się to przypadkowo — przyznaje Piotr Kardach.

Akcje kupiły fundusze emerytalne i inwestycyjne, a sprzedającym była firma BB Investment. Tym samym zrealizowany został jeden z celów debiutu planowanego na 2001 r. — częściowe wyjście z inwestycji dotychczasowego właściciela spółki. Przy okazji firma uzyskała wycenę rynkową.

— Fundusze nie chciały kupić walorów, którymi nie handluje się na rynku regulowanym. Warunkiem tych transakcji było więc dopuszczenie akcji do notowań na GPW. Z kolei na radzie giełdy odbyła się poważna dyskusja na temat tego, czy debiut bez publicznej emisji spełnia w ogóle kryteria uczciwego obrotu — zaznacza Piotr Karmelita, członek zarządu BB Investment.

Dogrywka

Wciąż nie został jednak zrealizowany drugi z pierwotnych celów upublicznienia, jakim było dokapitalizowanie spółki. W czerwcu 2003 r. firma zaoferowała nabywcom 380 tys. akcji. Dodatkowe 110 tys. miało trafić do osób związanych ze spółką. Przedział cenowy tej oferty ustalono na 62-68 zł. Ostatecznie akcje zostały sprzedane po 66 zł i cieszyły się dużym zainteresowaniem, o czym świadczy 57-procentowa redukcja zapisów. Tuż po ich zakończeniu BB Investment sprzedał po tej cenie kolejne 380 tys. papierów.

— Jeżeli dobrze pamiętam, to po Groclinie i LPP była to po długiej przerwie dopiero trzecia udana emisja publiczna. Jedna z jaskółek wskazujących na to, że trend się odwrócił — komentuje Robert Bender, prezes BBI Zeneris NFI, wtedy pracownik Domu Maklerskiego BZ WBK.

Nie pozostaje więc nic innego, jak wypatrywać jaskółek zwiastujących zakończenie obecnej bessy. Oby przyfrunęły jak najszybciej.