Debiuty spółek to żyła złota

Przemek Barankiewicz
opublikowano: 2006-10-25 00:00

W tym roku na akcjach debiutantów można było zarobić prawie 46 proc. Grube ryby zacierają ręce. Kowalski zyskuje mniej, ale nie płacze.

Akcje Dom Development, dewelopera z Warszawy, zyskały wczoraj w giełdowym debiucie aż 54 proc. Drobni inwestorzy, którzy zapisali się na akcje o wartości 3,5 mld zł, zacierają ręce. Dostali co prawda tylko jedną akcję na pięćdziesiąt zamówionych, ale i tak się opłaciło. W tej dekadzie tak udanej premiery dużej spółki nie było. Eksperci mówią wprost, że debiuty to jedna z niewielu możliwości szybkiego zarobku bez większego ryzyka.

— Debiutami rządzi psychologia, a racjonalne wyceny nie mają zastosowania. Dzieje się tak dlatego, że rynek IPO (ofert pierwotnych — przyp. red.) dzięki sprzedaży akcji PKO BP przed dwoma laty trafił pod strzechy i sporo ludzi załapało inwestycyjnego bakcyla. Oczywiście ważnym warunkiem jest w miarę dobry klimat na giełdzie — ocenia Maciej Kossowski, ekspert firmy Expander.

Liczby nie kłamią

Klimat dla inwestycji jest znakomity, a statystyki przyciągają giełdowych graczy. W tym roku tylko jeden debiut (Famuru) był pod kreską, podczas gdy w 2005 r. — pięć. Kurs ani jednego debiutanta nie jest obecnie poniżej ceny emisyjnej. Stworzony przez nas indeks PB IPO, obrazujący średni zysk z dziesięciu ostatnich debiutów, wzrósł do rekordowych 28,7 proc.

Gdyby inwestor na każdą emisję pierwotną w tym roku przeznaczał taką samą kwotę, to nawet po uwzględnieniu gigantycznych redukcji (w tym roku tylko w czterech przypadkach na 24 była niższa niż 50 proc.), zyskałby 32 proc. To wynik porównywalny ze zwyżką indeksu WIG i średnią stopą zwrotu funduszy akcyjnych, ale w tym roku polski rynek IPO praktycznie działa od drugiego kwartału.

Dlaczego debiutanci dają tak duży zysk?

— Podmioty już notowane są zwykle dobrze przebadane przez analityków i mają mniejsze szanse zaskoczyć inwestorów czymś pozytywnym. Ale trzeba pamiętać, że dwa lata temu mieliśmy serię debiutantów, którzy składali w ofertach publicznych bardzo optymistyczne obietnice, z których nie potrafili się wywiązać — tonuje nastroje Adam Ruciński, prezes Związku Maklerów i Doradców.

Łatwo ograniczyć to ryzyko. Znakomite wyniki (+45,7 proc.) przynosi strategia „kup w IPO, sprzedaj w debiucie”. Jej popularność rośnie, bo coraz więcej inwestorów przy zapisach na akcje posiłkuje się kredytem. Wysokie redukcje wymuszają posługiwanie się popularnym lewarem, co podbija popyt na akcje, a zarazem skalę redukcji. Złamanie tego zaklętego kręgu niewielu jest na rękę. Banki zarabiają na prowizjach i odsetkach, emitenci są pewni powodzenia emisji. Natomiast duzi inwestorzy, których problem redukcji w zasadzie nie dotyczy, z radością patrzą na walczących o każdą akcję drobnych graczy. Ich popyt śrubuję przecież cenę akcji w debiucie.

Koszty inwestycji

O tym, jak duże znaczenie ma koszt kredytu dla rentowności inwestycji na rynku IPO, świadczy przypadek Dom Development. Tu 1-procentowa prowizja kredytowa i gigantyczne redukcje zjadły większość z pokaźnego zysku z akcji dewelopera w debiucie. Do kosztów inwestycji w IPO trzeba doliczyć też prowizję maklerską i trud związany z udaniem się najczęściej do obcego biura maklerskiego. Dla równowagi dodajmy jednak, że koszty związane z inwestycją w fundusze czy nieruchomości też są wysokie, a płynność często niska.

Kolejka czeka

Okazji do inwestycji w debiutantów nie zabraknie, bo brokerzy i GPW liczą na wysyp ofert w czwartym kwartale. Już dziś na GPW wejdzie czeski gigant CEZ. Czy przyszłe debiuty będą równie udane?

— Każda hossa kiedyś musi się skończyć, ale inwestorzy mają jeszcze kilka miesięcy komfortu. Polska gospodarka nie osiągnęła szczytu rozwoju, co pozwoli jeszcze utrzymać dobrą koniunkturę na giełdzie — uspokaja Adam Ruciński.