Decydentom najłatwiej o idealistyczne deklaracje

opublikowano: 09-06-2015, 00:00

Szczyt G7 w bawarskim zamku Elmau nie przyniósł ani żadnego przełomu, ani też wielkiego rozczarowania.

Nieumocowany w prawie międzynarodowym organ, który w poprzednim komentarzu nazwałem globalnym biurem politycznym, z troską przedyskutował, podkreślił i zalecił. Największym konkretem jest wyjaśnienie sytuacji, że grupa ta skupia najbardziej wpływowe państwa Zachodu, do których zalicza się także Japonia. Na zewnątrz znajduje się nie tylko wyrzucona z G8/7 już na stałe Rosja, lecz potężniejąceChiny oraz Indie. Ten drugi garnitur obejmuje dopiero szersza formuła G20.

Przygotowania do szcyztu G7 w hotelu w Elmau
Zobacz więcej

Przygotowania do szcyztu G7 w hotelu w Elmau Bloomberg

Gospodyni szczytu Angela Merkel dumnie oznajmiła, że przywódcy państw G7 uznali za wiążące cele klimatyczne. Chodzi o niedopuszczenie, by średnia temperatura na globie wzrosła o 2 stopnie Celsjusza w stosunku do epoki przedindustrialnej. Formalne porozumienie ma zostać przyjęte na grudniowym ONZ-owskim szczycie COP21 w Paryżu, który powszechnie uważany jest za ostatnią szansę zastąpienia niedoskonałego protokołu z Kioto.

Nowe porozumienie klimatyczne miałoby zacząć obowiązywać po 2020 r. W obecnym tempie ludzkość zmierza w kierunku wzrostu temperatury o 4 stopnie pod koniec XXI wieku, co może mieć katastrofalne skutki. Utrzymanie celu 2 stopni wymaga znacznego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Dla Polski bardzo ważne jest podsumowujące zdanie pani kanclerz „Uważamy, że do końca tego stulecia konieczna jest dekarbonizacja”. To perspektywa dość odległa, ale jej nieuchronność trzeba po prostu przyjąć do wiadomości.

Naturalne jest pytanie, jakie przełożenie na innych wielkich graczy klimatycznych będzie miała deklaracja G7. Pierwszym podważającym uprawnienia mocarzy Zachodu do czegokolwiek globalnego będzie prezydent Władimir Putin. Musiał przyjął już do wiadomości, że jego wyeliminowanie z elitarnego towarzystwa ma charakter trwały. Nie pomogło natarcie lobbystów niemieckich, w tym byłych socjaldemokratycznych kanclerzy Helmuta Schmidta i Gerharda Schrödera, wspartych przez biznes. Wygląda na to, że dopóki szefem rządu będzie chadeczka Angela Merkel, to car Kremla ma szlaban. Z jego punktu widzenia ważniejsze jest oczywiście utrzymanie Krymu oraz tego, co dało się wyrwać Ukrainie z Donbasu.

Format G7 ma dla jego udziałowców ogromną wartość — rozmawiają mniej więcej równi stanem. Nie muszą stresować się relacjami ze Zgromadzenia Ogólnego ONZ, w którym maleńka pacyficzna wysepka ma jeden głos, podobnie jak USA czy Niemcy. Giganci G7 jedynie łaskawie dopuszczają maluczkich jako gości do tematycznych debat o walce z głodem, chorobami tropikalnymi czy zagrożeniem islamskim terroryzmem. Najsłabszym punktem tych zbiórek jest ich niedecyzyjność. W gruncie rzeczy deklaracje władców nie różnią się od wypowiedzi uczestniczek światowych konkursów piękności, które także pragną, by dzieci na świecie nie cierpiały głodu, egzotyczne gatunki zwierząt nie ginęły, a tropikalne lasy opierały się bezmyślnemu wyrębowi.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu