Decydujący głos i tak mają głowy państw

Jacek Zalewski
opublikowano: 19-02-2009, 00:00

W stosunku do napuszonej francuskiej czeska prezydencja UE zachowuje się niczym szara myszka. Podczas kryzysu gazowego nie zaimponowała, teraz zobaczymy, jak premier Mirek Topolánek rozegra marcowe szczyty Rady Europejskiej — nadzwyczajny i planowy. Cieniem na jego działaniach kładzie się wewnętrzna słabość rządu — dlatego nie dziwi, że tak triumfalnie przyjęty został sukces na ścieżce ratyfikacyjnej Lizbony (patrz wektor na str. 2).

Bez względu na działania parlamentów ratyfikacja Lizbony i tak zależy od końcowych podpisów głów państw, które nie czują się związane krajowymi ustawami. Solidarny tandem Lech Kaczyński — Václav Klaus trzyma się mocno i żadna siła nie wyciśnie z obu prezydentów podpisów, dopóki Irlandczycy nie zatwierdzą traktatu w ewentualnym referendum, planowanym dopiero jesienią.

Koniecznie trzeba przypomnieć, że polsko-czeska para ma cichego sojusznika w osobie prezydenta Niemiec Horsta Köhlera. Mimo zakończenia procedury przez Bundestag i Bundesrat on także wstrzymuje podpis, zwłaszcza że Federalny Sąd Konstutucyjny odłożył orzeczenie w sprawie Lizbony co najmniej do maja. Köhler kończy pięcioletnią kadencję 30 czerwca, ma ogromną chęć na reelekcję — dlatego nie wyjdzie przed ratyfikacyjny szereg, ale też nie będzie przetrzymywał podpisu w razie pozytywnego dla traktatu orzeczenia niemieckiego trybunału.

Jacek Zalewski

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu