Blokady dróg to oczywiście akt determinacji, powszechnie stosowany na świecie, bo organizacyjnie najłatwiejszy do przeprowadzenia. Swoją drogą ta specyficzna prezentacja sektora ciągnikowego, w większości naprawdę wypasionego, potwierdza skok technologiczny polskiego rolnictwa. Gdy analogiczne protesty na mniejszą skalę organizował pod koniec XX wieku ich prekursor Andrzej Lepper, to w wyprowadzonym na drogi parku maszynowym absolutnie dominowała siermiężna PRL. Notabene odkurzyłem z 1999 r. warunki ówczesnego kompromisu kończącego blokady, otóż rząd – wtedy premiera Jerzego Buzka w koalicji AWS-UW – zapowiedział szybkie ustabilizowanie rynku rolnego, przywrócenie opłacalności produkcji, lepszą ochronę rynku przed żywnością z zagranicy oraz zmianę warunków spłaty rolniczych kredytów.
Ćwierć wieku później niektóre żądania w pełni zachowały aktualność. Radykalnie zmienił się natomiast ich adresat, otóż od 1 maja 2004 r. rząd Rzeczypospolitej Polskiej przekazał wielką część decyzyjności szczególnie w obszarze rolnictwa – na podstawie traktatu, który referendalnie ratyfikowaliśmy – instytucjom Unii Europejskiej. Coś za coś, albowiem rolnicy są jedyną grupą producencką i społeczną, która korzysta z unijnych dopłat bezpośrednich z automatu, za to że obsiewają i produkują, z różną wydajnością. Wszelkie inne spływające do Polski pieniądze z UE wycelowane są w konkretne projekty, twarde inwestycyjne lub tzw. miękkie. Generalnie drogowe protesty uderzają bezpośrednio w setki tysięcy ludzi całkowicie niewinnych w sprawie problemów rolników. Dość naiwna jest wiara protestujących, że taką okrężną drogą – poprzez oburzenie i lobbing pokrzywdzonych blokadami – da się wpłynąć na decydentów.
Znacznie skuteczniejsze wydają się celne uderzenia punktowe. Gdybym był społecznym konsultantem unijnych organizacji rolniczych, to bym taki punkt w miękkim podbrzuszu klasy politycznej wskazał, o czym mogę dzisiaj otwarcie pisać, bo i tak za późno. Otóż w czwartek-piątek 21-22 marca odbywa się w Brukseli cokwartalny szczyt Rady Europejskiej (RE). Traktorowa armia walcząca z Europejskim Zielonym Ładem mogłaby zablokować wcale nie okolice ronda Schumana w ciasnej dzielnicy unijnej, lecz po prostu… VIP-owski wyjazd z lotniska Zaventem, co wykluczyłoby dotarcie 27 prezydentów/premierów na szczyt. Na wszelki wypadek mogłoby zostać zablokowane także alternatywne podbrukselskie lotnisko Charleroi. Gdyby rolniczy wodzowie rzucili odpowiednio zwarte oddziały traktorowe, belgijska policja absolutnie nie poradziłaby sobie z odblokowaniem tras i najważniejszy organ decyzyjny, kolegialna głowa UE, w ogóle by się nie zebrał.
Może po takim policzku prezydenci/premierzy rozkazaliby unijnym instytucjom rzeczywiste pilne znowelizowanie najbardziej zapalnych przepisów. RE sama w sobie nie tworzy prawa, jej czysto polityczne konkluzje nie wchodzą przecież do acquis communautaire, czyli wspólnotowego dorobku prawnego, ani też nie są publikowane w Dzienniku Urzędowym UE. Pisane są unijnym slangiem w stylu znanych u nas pradawnych uchwał Komitetu Centralnego PZPR z upadłego ustroju, ale stanowią podstawę konkretnych decyzji Komisji Europejskiej oraz obu izb legislacyjnych, czyli Parlamentu Europejskiego i ministerialnej Rady UE. Do końca kadencji parlamentarnej odbędzie się w Strasburgu jeszcze jedna sesja, druga izba jest zaś ponadkadencyjna. Trudno dzisiaj prorokować, jaki stan pakietu Europejskiego Zielonego Ładu zastanie koniec kadencji. Oczywiście wykluczone jest wylanie go w całości niczym dziecka z kąpielą – o czym marzą unijni rolnicy – ale kilka korekt UE musi wprowadzić, najlepiej jeszcze przed czerwcowymi eurowyborami.

