
Rachunek bieżący to jeden z najciekawszych wskaźników makroekonomicznych, a jednocześnie najtrudniejszych do prostego opisu ze względu na swoją złożoność. Staram się naświetlić w każdej publikacji inne zjawisko widoczne w tym rachunku. W ostatnich miesiącach na pierwszy plan wysuwa się wielkość deficytu (ujemnego salda – deficyt to saldo, które znajduje się poniżej zera).
W sierpniu deficyt na rachunku bieżącym wyniósł aż 4 mld EUR, co było drugą co do wielkości wartością w historii (największy deficyt, czyli najniższe saldo). Co to oznacza? Taka była różnica między polskimi dochodami zagranicznymi z eksportu, transferów, dywidend i odsetek a wydatkami zagranicznymi z tego samego tytułu.
Wyobraźmy sobie człowieka, który ma miesięczne dochody z pracy, inwestycji i różnych darowizn oraz wydatki z tytułu konsumpcji, płatności odsetek kredytowych i innych przekazów pieniężnych. Jeżeli dochody są niższe niż wydatki, to pojawia się deficyt. Ten deficyt trzeba jakoś sfinansować przez pożyczkę. Tak samo jest w ujęciu całej gospodarki. Jeżeli w rachunku bieżącym pojawia się deficyt, trzeba go sfinansować kapitałem zagranicznym – albo inwestycjami bezpośrednimi, albo portfelowymi.
Bardzo duży deficyt jest problematyczny dla gospodarki, bo uzależnia ją od chimerycznych rynków finansowych. Wyobraźmy sobie kraj z bardzo dużym deficytem, któremu inwestorzy nagle przestają pożyczać pieniądze. Ten kraj musi szybko zredukować deficyt, a najszybciej można to zrobić przez obniżenie importu. Obniżenie importu wymaga recesji. Dlatego duży deficyt sprawia, że kraj jest narażony na nagłe załamanie gospodarcze.
4 mld EUR deficytu za sierpień w Polsce wygląda niezbyt dobrze. W skali ostatnich 12 miesięcy deficyt wynosi 24 mld EUR, czyli też dość dużo, choć nie są to wartości wskazujące na nadchodzący kryzys.
Jest jednak jeden pozytyw – struktura finansowania, która jest oparta na stabilnych inwestycjach bezpośrednich, a nie niestabilnych inwestycjach portfelowych. Jak tłumaczyłem, każdy deficyt wymaga finansowania zagranicznego. Może ono pochodzić od inwestorów kupujących małe pakiety akcji i obligacji (lub udzielających kredytów), którzy generalnie są gotowi szybko kupować i szybko sprzedawać, lub od inwestorów bezpośrednich, którzy kupują pakiety kontrolne w firmach, budują fabryki czy udzielają spółkom w Polsce stabilnych kredytów.
Dlatego lepszą miarą wrażliwości kraju na chimeryczne nastroje rynków finansowych jest deficyt obrotów bieżących skorygowany o napływ netto bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Jak pokazuję na wykresie, tego deficytu Polska nie ma. Saldo skorygowane o inwestycje bezpośrednie jest dodatnie. To nam mówi, że nie jesteśmy raczej w sytuacji, w której ucieczka zagranicznych inwestorów portfelowych naraziłaby nas na ryzyko głębokiej recesji. Nie mówi nam to jednak, że wszystko gra i jesteśmy bezpieczni, bo tak nie jest, ale w razie zamrożenia napływu inwestycji portfelowych nie będziemy musieli bardzo radykalnie redukować popytu wewnętrznego i tym samym importu.
