Deprecjacja złotego podtrzymuje polski model eksportowy

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2023-09-10 20:00

Ostatni tydzień był jednym z najgorszych dla złotego od 2010 r. Tym razem zmontowaliśmy sobie sami tę przecenę poprzez głęboką obniżkę stóp procentowych banku centralnego. O powodach tego ruchu NBP pisałem w zeszłym tygodniu. Teraz chciałbym zwrócić uwagę na kilka efektów osłabienia złotego.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Jest to oczywiście proinflacyjna zmiana. Jednocześnie jednak można to odczytać jako podtrzymanie modelu rozwojowego opartego na stymulacji inwestycji zagranicznych i eksportu przez niskie płace liczone w euro.

W ciągu tygodnia kurs złotego osłabił się wobec euro o 3,4 proc. (a dokładnie kurs EUR/PLN wzrósł o 3,5 proc., co oznacza, że kurs PLN/EUR zmalał o 3,4 proc.). Była to największa tygodniowa zmiana od 6 marca 2022 r., kiedy rynek mierzył się z pełnymi konsekwencjami początku wojny w Ukrainie. Wcześniej większa tygodniowa deprecjacja miała miejsce 9 maja 2010 r., kiedy pierwszy raz na skraju bankructwa stanęła Grecja, a strefie euro groził rozpad.

Duża przecena złotego pokazuje, jak nieprzewidywalna stała się polityka NBP. Sama w sobie nie jest to jednak zmiana, która jest w stanie znacząco zaburzyć procesy makroekonomiczne w Polsce. Deprecjacja o 3,4 proc. nie podniesie inflacji więcej niż o 0,1-0,2 pkt proc. Gorzej będzie, jeżeli rynek straci zaufanie do złotego na dłużej, uznając, że bank centralny zaczyna pobłażliwie traktować inflację i nadmiernie stymulować gospodarkę. W połączeniu z luźną polityką fiskalną mogłoby to oznaczać początek dłuższej deprecjacji, która miałaby już odczuwalny wpływ na inflację.

Natomiast na przecenę złotego można też spojrzeć jako na jeden z wielu elementów bardziej proinflacyjnego nastawienia władz. To nie tylko kurs, ale także niższe stopy procentowe, umiarkowana determinacja do szybkiego osiągnięcia celu inflacyjnego, stymulacja rynku kredytów hipotecznych, utrzymywanie wysokiego deficytu fiskalnego. Ta konstelacja czynników może już poważnie utrudniać trwałe przywrócenie niskiej inflacji w Polsce. Podejrzewam zresztą, że wbrew oficjalnym deklaracjom prezesa NBP, niska inflacja nie jest traktowana przez rząd i bank centralny jako bezwzględnie kluczowy element otoczenia ekonomicznego. Chcieliby mieć niską inflację, ale nie są gotowi poświęcić innych celów.

Jednym z niewyrażonych explicite celów polityki gospodarczej jest stymulacja eksportu przy pomocy atrakcyjnego dla eksporterów kursu walutowego. Polski model rozwojowy polega od wielu lat na utrzymywaniu relatywnie niskiego kursu waluty krajowej i deprecjonowaniu płac przeliczanych na euro. To podnosi atrakcyjność Polski jako miejsca produkcji.

W pierwszej połowie 2023 r. kurs złotego tak znacząco się umocnił, że dla niektórych eksporterów zaczynał być problemem. Po raz pierwszy od 2009 r. kurs euro znalazł się bardzo blisko górnego poziomu opłacalności eksportu, który NBP mierzy w badaniach ankietowych. Na koniec drugiego kwartału cena euro wynosiła 4,43 zł, a górny próg opłacalności eksportu to 4,41 zł. Oczywiście ten próg jest tylko wyrazem deklaracji firm, a nie pomiarów statystycznych. Nieprzypadkowo jednak Adam Glapiński, uzasadniając obniżkę stóp, mówił parokrotnie o problemie hamowania polskiego eksportu. Bank centralny oficjalnie głosi, że mocny złoty jest ważny dla gospodarki i pomocny w walce z inflacją, ale faktycznie nie chce widzieć wyraźnego umocnienia waluty.

Wszystko to wpisuje się w filozofię polityki pieniężnej, w której wzrost gospodarczy i niska inflacja są prawie równorzędnymi celami. Czym jest to „prawie”, trudno dokładnie określić, bo ta doktryna i jej efekty dopiero się wykuwają.