
W przestrzeni publicznej utarło się przekonanie, że ostatnie lata przyniosły nadrozpoznawalność depresji w polskiej populacji, a skarżenie się na dolegliwości charakterystyczne dla zaburzeń depresyjnych stało się wręcz modne. Okazuje się jednak, że to przekonanie błędne, którego nie potwierdzają dane epidemiologiczne ani praktyka psychiatrów. Co więcej, na podstawie tych samych danych można nawet wysnuć wniosek, że rzeczywista zapadalność na depresję przewyższa oficjalne statystyki.
Moda na depresję? Dane tego nie potwierdzają
Dr n. med. Tomasz Gondek, specjalista psychiatrii prowadzący własną praktykę we Wrocławiu, wyjaśnia, że podstawą błędnego przekonania o rzekomej nadrozpoznawalności depresji są dane z USA, których nie można wprost odnosić do polskiej populacji.
– Analizując dane epidemiologiczne dotyczące depresji, które pochodzą z USA, musimy pamiętać o odmienności amerykańskiego systemu ochrony zdrowia, lecz także o różnicach w klasyfikacji zaburzeń psychicznych między USA i Europą. Na to nakłada się odmienny kontekst kulturowy i społeczny. Istotnie, poziom diagnozowania depresji w USA jest stosunkowo wysoki, szczególnie w porównaniu z Polską. Zgodnie z danymi zebranymi w naszym kraju w ramach badania EZOP II rozpowszechnienie zaburzeń nastroju w ciągu życia ogółem wynosiło w polskiej populacji około 4,7 proc., a zatem prawie 1,5 mln osób. Częstość występowania samej depresji szacuje się na około 3,9 proc. To odsetek istotnie niższy niż w części innych państw europejskich, średnie rozpowszechnienie w Europie wynosi 5-6 proc. Potwierdzają to także dane z Narodowego Funduszu Zdrowia: w latach 2009-18 jakiekolwiek zaburzenie nastroju rozpoznano u prawie 430 tys. osób, a zaburzenia nastroju ze współwystępowaniem innego zaburzenia psychicznego u niecałych 590 tys. Oczywiście, część osób szuka wsparcia psychiatry w sektorze prywatnym, przez co informacje są niepełne – dowodów na nadrozpoznawalność depresji jednak nie ma. Dostępne dane sugerują, że depresję w Polsce rozpoznaje się rzadziej niż przeciętnie w Europie. Powinniśmy zatem przede wszystkim edukować na temat objawów depresyjnych i dostępnych możliwości pomocy, a nie stygmatyzować ludzi doświadczających takich objawów jako rzekomo ulegających modzie – mówi dr Tomasz Gondek.
Jak zmieniła tę sytuację pandemia COVID-19?
– Wpływ pandemii na skalę zaburzeń depresyjnych sprawdziliśmy w badaniu COMET-G. Był to międzynarodowy projekt, w którym wzięło udział 55 tys. osób z 40 krajów, w tym 1525 z Polski. Okazało się, że w czasie covidu ryzyko depresyjności wzrosło wielokrotnie: nawet 18 proc. osób prawdopodobnie doświadczyło objawów depresyjnych. Prawie 5 proc. zadeklarowało, że często lub bardzo często miało myśli samobójcze. Lockdown, ze względu na liczne restrykcje, niemal dwukrotnie zwiększył zagrożenie depresyjnością zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn – wyjaśnia dr Tomasz Gondek.
Mężczyźni chorują inaczej, lecz wcale nie rzadziej
Jak zaznacza ekspert, diagnozy depresji są stawiane nawet dwa razy częściej w przypadku kobiet niż mężczyzn (choć różnica między płciami zmniejsza się wraz z wiekiem), z drugiej strony to panowie są bardziej narażeni na ryzyko samobójstwa, które wiąże się z zaburzeniami depresyjnymi. W jaki sposób depresja „męska” różni się, jeśli chodzi o obraz kliniczny, od „kobiecej”?
– Obraz męskiej depresji charakteryzuje się atypowymi objawami, odbiega więc nieco od przyjętego wzorca tych zaburzeń, co może być przyczyną częstszego przeoczenia problemu u panów i niższej liczby stawianych diagnoz. Mężczyźni częściej zgłaszają zwiększone uczucie niepokoju i lęku, podatność na stres, rozdrażnienie i trudności z panowaniem nad sobą oraz kontrolą gniewu. Charakterystyczne dla męskiej depresji jest również uczucie przewlekłego zmęczenia, poczucie wypalenia oraz trudności w podejmowaniu codziennych decyzji – wylicza ekspert.
Dr Gondek podkreśla, że wielu mężczyzn zmagających się z zaburzeniami depresyjnymi próbuje poradzić sobie z dyskomfortem psychicznym, sięgając po używki i leki uspokajające lub uciekając w intensywną pracę czy aktywność fizyczną. Skąd biorą się te różnice między płciami?
– Kluczową rolę odgrywają tu uwarunkowania społeczno-kulturowe. W powszechnej świadomości nadal panuje przekonanie, że mężczyźni nie powinni okazywać emocji, takich jak smutek czy lęk, ani przyznawać się do słabości. W wypadku kobiet podobne zachowanie jest znacznie bardziej społecznie akceptowalne. Dlatego właśnie mężczyźni są często przekonani, że rozmowa z kimś bliskim o ich problemach nie jest rozwiązaniem dla nich, szukają więc innego sposobu na redukcję trudnych emocji. Czynniki kulturowe sprawiają też, że zwykle kobiety mają gęstszą sieć społecznych kontaktów, mają więc do kogo zwrócić się w sytuacji kryzysowej – wyjaśnia dr Tomasz Gondek.
Wielu pacjentów, mówi ekspert, trafia więc do gabinetu psychiatry, dopiero gdy objawy są już na tyle nasilone, że mężczyzna nie potrafi ich już dłużej ukrywać przed otoczeniem. Wtedy jednak psychoterapia może okazać się niewystarczająca i zwykle istnieje konieczność włączenia leczenia farmakologicznego.
– Tymczasem depresja o umiarkowanym i cięższym przebiegu wiąże się z wyższym ryzykiem samobójstwa. Mężczyźni częściej niż kobiety podejmują próby samobójcze, w tej populacji większa jest też liczba samobójstw dokonanych. W 2021 r. ogółem wśród mężczyzn odnotowano 9,5 tys. prób samobójczych, natomiast wśród kobiet ponad 4 tys. W wypadku panów 46 proc. prób zakończyło się zgonem, w populacji kobiecej odsetek ten wyniósł 18 proc. – mówi dr Gondek.
Depresja może się objawiać na wiele różnych sposobów, niekoniecznie od razu nasuwających skojarzenia z chorobą duszy. Zdarza się, że dolegliwości somatyczne maskują zaburzenia depresyjne. Wówczas pacjenci zgłaszają się np. do lekarzy rodzinnych lub kardiologów, skarżąc się m.in. na kołatanie serca, bóle w klatce piersiowej, duszności, bóle brzucha lub inne dolegliwości bólowe.
– Gdy pacjent zgłasza różnorodne objawy, których przyczynę trudno nam jednoznacznie ustalić, a dodatkowo nie reaguje poprawą na włączoną terapię, warto rozważyć konsultację psychiatryczną – zwraca uwagę dr Tomasz Gondek.
Ciężar depresji w znacznej mierze ponosi ZUS
W ostatnich dekadach depresja urosła do wyzwania nie tylko zdrowotnego, ale i społecznego. Zaburzenia depresyjne już są najczęstszą przyczyną utraty sprawności w populacji osób dorosłych, a według wielu prognoz skala zachorowań będzie się w najbliższych latach zwiększała.
– Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje, że do końca trwającej dekady depresja stanie się głównym czynnikiem prowadzącym do globalnego obciążenia chorobami. Eksperci Uczelni Łazarskiego kilka lat temu zrealizowali badanie analizujące pośrednie koszty depresji. Oszacowano je na ponad 2 mld zł rocznie, przy czym w znacznie większym stopniu niż NFZ obciążały one Zakład Ubezpieczeń Społecznych. W 2020 r. absencja pracownicza wynikająca z depresji oraz wywołanych nią zaburzeń snu i obniżenia nastroju wyniosła aż 8 mln dni. Zaburzenia depresyjne mogą być przyczyną nie tylko zwolnień lekarskich i opuszczania dni roboczych, ale też prezenteizmu, czyli nieefektywnej obecności w pracy. Do prezenteizmu często prowadzą objawy depresyjne, m.in. niska samoocena, anhedonia i zaburzenia koncentracji. Koszty tego zjawiska trudniej jednoznacznie ocenić, ale – z uwagi na rosnące rozpowszechnienie depresji – należy spodziewać się, że są wysokie – podsumowuje dr Tomasz Gondek.

