Dior znad Wisły

Jolanta Grabowska
05-08-2005, 00:00

Domy mody mieliśmy w kraju przed wojną, w PRL była Moda Polska. Później autorskie butiki, pracownie jednego projektanta i domy mody… ślubnej. Teraz znów następuje powrót do przedwojennych tradycji.

Warszawa, upalne niedzielne popołudnie. Na skrzyżowaniu ulic Chmielnej i Nowego Światu tłum robi się coraz gęstszy. Dynamiczna muzyka, na wybieg wkraczają modelki ubrane w zwiewne suknie. Wśród mężczyzn lekkie poruszenie: sukienki więcej odkrywają, niż przykrywają, spod materiału widać piersi. Obok mnie pewien Anglik wzdycha: „W życiu nie widziałem tylu pięknych dziewczyn naraz. Zakochuję się co kilka sekund”.

Obok sceny, oddzielona barierkami, strefa dla VIP-ów — bardzo znanych twarzy z telewizji. Właśnie trwa Warsaw Fashion Street, pokaz mody młodych polskich projektantów (na liście jest też kilka obcobrzmiących nazwisk). Pokaz wymyśliła i zorganizowała Dorota Wróblewska, producentka telewizyjna i właścicielka pierwszego w Polsce domu mody z prawdziwego zdarzenia.

— Ten dom mody to nie jest dla mnie coś nowego, z zupełnie innej bajki. To przede wszystkim następstwo Oskarów Mody, konkursu dla młodych projektantów, który organizuję — mówi Dorota Wróblewska.

Kobieta modna

Pani Dorota od dobrych kilku lat z powodzeniem działa na rynku mody, w środowisku showbiznesu i biznesu.

Dla telewizji TV4 przygotowuje program Modna moda, dla koncernu Bauer produkuje Telekamery, Gwiazdorskie Ostatki, poza tym Miss Polski, Kobietę Roku.

— Dużych imprez, które przygotowujemy w ciągu roku, jest kilkanaście, mniejszych — masa — opowiada Wróblewska.

Jest współwłaścicielką firmy producenckiej, banku twarzy, agencji filmowej i wspomnianego już domu mody o wdzięcznej nazwie Forget-me-not, czyli w tłumaczeniu z angielskiego — Niezapominajka.

Wszystkie biznesy prowadzi razem z mężem Wojciechem.

— Ja zajmuję się stroną artystyczną naszych przedsięwzięć, mąż — ekonomiczną — wyjaśnia.

14 lat temu zaczynali od agencji reklamowej i organizowania imprez dla banków.

— Nikt wtedy nie kumał, co to jest PR — wspomina.

Postanowiła więc się dokształcić — i skończyła szkołę reklamy w USA.

Wszystkie interesy działają jak system naczyń połączonych. Na przykład Oskary Mody to projektanci, bank twarzy — modelki, Telekamery, filmy — dostęp do gwiazd, rozgłos w mediach, obecność zamożnych ludzi, dom mody — celebrities defilują przed zamożnymi klientami — o wydarzeniu piszą gazety, pokazują je w telewizji.

— Wszystko się ze sobą zazębia — cieszy się Wróblewska.

Niezapominajka

Forget-me-not rozpoczął działalność w marcu zeszłego roku. Wzoruje się na słynnych francuskich i włoskich domach mody, które istnieją w tych krajach od dziesięcioleci. Taki warszawski Dior — tylko że na mniejszą, polską skalę. Przed wojną magazyny mody funkcjonowały też w Polsce.

— Inaczej się nazywały, ale robiły to samo — mówi Dorota Wróblewska.

Przygotowania do otwarcia trwały dwa lata.

— To nie jest takie proste, jakby się wydawało. Trzeba było zrobić badania rynku. Żeby nie zamknąć interesu po paru miesiącach — wyjaśnia.

Dom mody Forget-me-not zajmuje dwa piętra w dawnej kamienicy braci Jabłkowskich na ulicy Chmielnej.

— Moja babcia przed wojną chodziła u Jabłkowskich jako modelka...

Pani Dorota wyciąga oprawiony plakat, który na oficjalnym otwarciu Niezapominajki podarował jej jeden z żyjących jeszcze braci. „Magazyn Moda. Lato 1939 r. Bracia Jabłkowscy. Magazyn Zadowolonych Klientów. Śliczne sukienki letnie z niegniotącego się woalu bawełnianego we wszystkich rozmiarach”. Zdjęcia babci modelki ozdabiają dziś ściany domu mody na Chmielnej.

— Przed wojną modelki, tak jak aktorki i tancerki, uważano za kobiety rozwiązłe — śmieje się Wróblewska.

Teresa Grzelak, porządna panna, babka pani Doroty, przed wojną studiowała ekonomię i dorabiała sobie, chodząc po wybiegach. W kwestii stroju i bycia damą była wzorem dla wnuczki.

Dziś Forget-me-not to dom mody (showroom) i salon urody Milord w kamienicy Jabłkowskich, dwa sklepy kilka kroków dalej na tej samej ulicy. Jeden z ubraniami, drugi z prezentami. I sklepy w galeriach handlowych, m.in. w Arkadii, w sieci Royall Collection.

— W przyszłym roku otwartych zostanie siedem kolejnych salonów poza Warszawą: w Trójmieście, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu. Na zasadzie sieci franczyzowej, wszystkie na popularnych szlakach turystycznych — wylicza Dorota Wróblewska.

Wśród klientek Wróblewskiej sporo cudzoziemek, stałych bywalczyń, które specjalnie przyjeżdżają na zakupy na Chmielną. Ubrania są tu równie piękne, a ceny dużo niższe niż w Paryżu, Mediolanie czy Barcelonie. Polska klientela to głównie mieszkanki dużych miast, nie tylko stolicy, pary wybierające się do ślubu. W dalszych planach jest zagranica.

— Jeden salon w Pradze i jeden w Londynie — mówi pani Dorota.

A w najbliższej przyszłości, tzn. już we wrześniu — udział w pokazach pr^et-`a-porter w Paryżu.

— Pokażemy się tam jako dom mody Forget-me-not. Będziemy prezentować i promować polskich, zdolnych projektantów. Umówmy się! Niejedna Gosia Baczyńska jest w tym kraju. Utalentowanych młodych projektantów w Polsce jest wielu. Świadczą o tym i Oskary Mody, i ostatni pokaz w Warszawie — przekonuje Wróblewska.

Młoda stajnia

W 2004 r. młody projektant, Pavel Brejcha, pół Polak, pół Czech, w konkursie Oskary Mody New Look zajął czwarte miejsce. Dom mody Wróblewskiej uznał jednak, że wart jest pierwszego — uszył mu kolekcję, zorganizował pokazy.

— Dziś ten chłopak studiuje w słynnym Francuskim Instytucie Mody i projektuje dla Louisa Vuittona, Hermesa, no i dla nas. Postawiliśmy na dobrego konia i opłaciło się — mówi z dumą szefowa Niezapominajki.

Tak jak na Zachodzie, Forget-me-not nie jest królestwem jednego projektanta. Raczej stajnią projektantów. Dla słynnych domów mody pracują całe ich zastępy.

— Wszystkie ubrania sprzedajemy pod marką Forget-me-not. Ale na metce jest też nazwisko projektanta — mówi Wróblewska.

Oprócz wspomnianego już Pavla Brejchy dla Forget-me-not projektują m.in.: Michał Starost, Monika Tomaszewska i Sylwia Kuźma — jako duet, Mary Frances, Linda Lacroix.

— Teraz wchodzi jeszcze jedna Amerykanka, która sprzedaje się tylko w Tokio, ale niedługo będzie można kupić ją też na Chmielnej — chwali się pani Dorota.

Projektantom, którzy chcą pracować dla Wróblewskiej, stawiane są wysokie wymagania: oryginalny projekt, precyzyjne wykończenie, pojęcie o konstrukcji.

— Ideą marki jest dobra cena za dobrą jakość. Autorska sukienka u Teresy Rosati kosztuje 5 tys. zł., u nas jest to maksymalnie 2,5 tysiąca. Jest to też maksymalna cena sukien ślubnych, a proszę pamiętać, że szyje się je z jedwabiu — mówi szefowa domu mody na Chmielnej.

Jest w Polsce grupa nieźle zarabiających kobiet, dla których 2,5 tysiąca to nie jest zbyt wygórowana cena za oryginalną rzecz, nie produkowaną seryjnie. Znudziły im się już zakupy w galeriach handlowych, nie chcą nosić tego, co cała ulica.

— Liczę na kobiety indywidualistki, z wyobraźnią. Nie snobki, dla których ważna jest metka: Escada, Prada itp. Moje klientki to kobiety, które chcą chodzić w fajnych ciuchach — przekonuje Dorota Wróblewska.

Chociaż Forget-me-not działa prawie półtora roku, wciąż jest to nowość.

— Często jestem pytana, dlaczego ulokowaliśmy się w dwóch miejscach na Chmielnej. Dlaczego sklep i showroom są oddzielnie. Ludzie nie rozumieją jeszcze istoty domu mody — opowiada Wróblewska.

Sklep, elegancki salon ubrania, torebki wyglądają w nim trochę jak dzieła sztuki. Nie ma atmosfery pośpiechu. Można wypić kawę, porozmawiać. W spokoju przymierzyć stroje lub tylko je obejrzeć. Kilkanaście metrów dalej: do showroomu nie można wejść ot tak sobie, z ulicy. Trzeba mieć specjalną kartę. Złotą lub srebrną — w zależności od tego, jak dobrym się jest klientem.

— To nie miejsce dla każdego — przyznaje właścicielka.

Kameralne wnętrza urządzone z gustem. Dyskrecja — klientami są ważne i znane osoby.

Showroom ma inne zadania do spełnienia niż sklep. Tu promuje się projektantów. Jego najważniejszą funkcją jest jednak badanie marek odzieżowych. Wygląda to tak: organizowany jest pokaz, na który zaprasza się kilkadziesiąt osób, potencjalnych klientów.

— Sprawdzamy, czy ciuchy się podobają, czy nie, czy nie są za drogie, ile osób zdecydowałoby się je kupić — wyjaśnia szefowa Forget-me-not.

Jeśli próba wypadnie pomyślnie, kolekcja wędruje do sklepu.

— Teraz testujemy jedną z hiszpańskich firm — dodaje.

W ubiegłym roku w showroomie na Chmielnej odbył się specjalny pokaz kolekcji Johna Galliano. Najdroższa suknia kosztowała 38 tys. złotych i nie znalazła nabywcy. Pokaz miał na celu sprawdzenie, czy nad Wisłą opłacałoby się otworzyć butik z ubraniami tego projektanta. Efekt był łatwy do przewidzenia: na Galliano wciąż jesteśmy za biedni.

Bo dom musi żyć

Dom mody wypożycza również stroje i dodatki do sesji zdjęciowych w wysokonakładowych kobiecych pismach. W ten sposób robi sobie reklamę — czytelniczki tych pism to potencjalne klientki. Jeden z albumów pokazywanych mi przez Dorotę Wróblewską pełen jest takich właśnie zdjęć. Lista tytułów dość długa: „Pani”, „Elle”, „Cosmopolitan”, „Marie Claire”, „Viva!”, „Gala”. W showroomie organizuje się konferencje prasowe, prezentacje i promocje marek, koktajle, kameralne spotkania, dyskusje o nowych trendach. Tu przychodzą gwiazdy. Tu, najchętniej przy pomocy znanych twarzy, promują się różne firmy kosmetyczne, np.: Shiseido, L’Oreal. Niedawno producent porcelany Villa Italia przygotował pokaz swoich wyrobów. Edyta Górniak i aktorzy z różnych telewizyjnych seriali chodzili po wybiegu, prezentując nie stroje, ale filiżanki i dzbanuszki...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jolanta Grabowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Dom

Puls Biznesu

Po godzinach / Dior znad Wisły