Dla piłkarzy – nie, dla piłkarstwa – tak

opublikowano: 05-12-2022, 20:00
Play icon
Posłuchaj
Speaker icon
Close icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl

Boeing 737 nr 0110 o nazwie „Józef Piłsudski” z 1. Bazy Lotnictwa Transportowego w poniedziałek tuż po godzinie 20 przywiózł z mistrzostw świata na warszawskie Okęcie piłkarską reprezentację Polski.

Dokładniej – tylko nieco ponad połowę, pozostali piłkarze pozostali prywatnie na mundialu, zrobili sobie urlopy lub wracają prosto do klubów. Skorzystanie przez PZPN z tańszego od oferty PLL LOT czarteru wojskowej floty rządowej miało dodatkowy aspekt pozytywny – odlot/przylot z/do hermetycznie zamkniętego Wojskowego Portu Lotniczego wyklucza żegnanie/witanie drużyny w holu cywilnego Chopin Airport, jedynym wyjściem dla kibiców staje się czatowanie na autokar przy niepozornej bramie.

Biało-czerwony „Józef Piłsudski” odbył dwa czarterowe loty do Dohy i z powrotem, 17 listopada i 5 grudnia. Reprezentacji lecącej na mundial MON przydzieliło nawet pożegnalną asystę dwóch F-16, powitalnej oczywiście już nie. Nie sprawdził się czarny dowcip, że piłkarze wrócą MiG-iem… Fot. MON

Znakomicie rozwiązało to dylemat, jak właściwie traktować występ w Katarze. Nie zawsze jest to takie oczywiste i powiązane wprost np. ze zdobyciem medalu, na dowód przypomnę dwa biegunowo różne powroty legendarnej drużyny Kazimierza Górskiego. W 1974 r. po trzecim miejscu na mistrzostwach świata w RFN piłkarze przejechali triumfalnie przez Warszawę odkrytym autokarem. W 1976 r. po drugim miejscu na Igrzyskach XXI Olimpiady w Montrealu spadło na nich odium klęski – wszak olimpijski finał przegraliśmy z NRD. Znakiem symbolicznego wręcz poniżenia podpadniętych władzy i kibicom srebrnych piłkarzy stało się wtedy… dokładne przeszukanie ich na Okęciu przez celników.

Współcześni władcy będą musieli przyjąć jakąś linię propagandową wobec występu w Katarze. W ocenie kibiców nie było kompromitacji, chociaż trzeba pamiętać, że wymarzony awans do 1/8 finału był bezpośrednim skutkiem poniżenia polskiej piłki nożnej – nie w samym umiarkowanym rezultacie bramkowym, lecz w grze – przez Argentynę. Z kolei w przegranym meczu z Francją mimo gry zaskakująco przyzwoitej nie mieliśmy przez całe spotkanie choćby 1 proc. szans na zwycięstwo. W tej sytuacji nawet lepiej, że rozjechanie się piłkarzy i ich obowiązki w klubach raczej wykluczają np. spotkanie się władców zbiorowo z całą ekipą, nie mówiąc już o jakichś odznaczeniach. Notabene Andrzej Duda systematycznie dekoruje wybranych graczy w trybie indywidualnym, np. Jakuba Błaszczykowskiego czy Roberta Lewandowskiego. W sumie wychodzi na to, że władcy kraju raczej nie ogrzeją się w bardzo iluzorycznym mundialowym sukcesie, co bardzo by im się przydało w perspektywie wyborczej.

W tych okolicznościach naturalne jest społeczne zainteresowanie mundialowymi pieniędzmi. Rozeszła się wieść, że jeszcze przed wyjazdem do Kataru premier Mateusz Morawiecki miał zmotywować piłkarzy złożoną PZPN obietnicą solidnej wypłaty z budżetu premii „co najmniej 30 mln zł” w razie awansu z grupy. Strona rządowa upowszechnia wersję, że oczywiście była taka rozmowa premiera z prezesem Cezarym Kuleszą i trenerem Czesławem Michniewiczem, ale w zupełnie innym kontekście. Przełamanie wieloletniej klątwy i niemożności awansu do 1/8 finału przez pierwszą reprezentację miałoby spowodować zwiększenie państwowej dotacji dla całej dyscypliny, czyli funduszu na szkolenia czy rozwój piłkarskiej infrastruktury.

Wersja o wypłacie jakichkolwiek premii dla zawodników byłaby państwowym skandalem. Skierowanie natomiast większego strumienia budżetowych pieniędzy do wątłych w Polsce podstaw piłkarskiej piramidy będzie jak najbardziej OK. Dlatego pomundialowe rozliczenia pieniędzy publicznych muszą być jak najbardziej transparentne.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane