W I kwartale tego roku PKB państw strefy euro skurczył się aż o 4,6 proc. wobec spadku o 1,4 proc. w IV kw. 2008 r. To najgorszy wynik od 1995 r., gdy po raz pierwszy opublikowano dane. Obecną dynamikę wzrostu gospodarczego można opisać jednym słowem: tragedia. Jednak ekonomiści wskazują, że taki kryzys jak dzisiejszy zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. Z tego powodu określanie potencjału europejskich gospodarek na podstawie wskaźników z ostatnich miesięcy może być — ich zdaniem — mylące. Inna sprawa, ze nawet w dużo lepszych czasach średni przyrost PKB w Eurolandzie nie był imponujący — w latach 1999-2009 osiągnął tylko 2,3 proc. Dla porównania: w tym samym okresie Wielka Brytania i USA odnotowały wzrost produktu krajowego brutto na poziomie 2,7 proc.
Triumfalny pochód
A jednak są rzeczy, którymi obszar
wspólnego pieniądza może się pochwalić. Należy do nich podwojenie liczby miejsc
pracy wobec poprzedniej dekady (z 8 do 16 milionów). A także odczuwalna redukcja
bezrobocia (z 9 do 7 proc). i ograniczenie inflacji (z ponad 3 do 2,1 proc.).
Innym sukcesem jest zaktywizowanie wymiany międzynarodowej. Jak przypominają
autorzy raportu NBP, w 2007 r. na państwa członkowskie strefy euro przypadało aż
29,6 proc. światowego handlu (łącznie z obrotami wewnątrz Unii Europejskiej,
które w ciągu dziesięciu lat wzrosły o około 15 proc.). Integracja monetarna
przyczynia się również do wzrostu inwestycji zagranicznych poprzez eliminację
ryzyka kursowego oraz niepewności wynikającej ze zmiennych kursów wymiany walut.
Znaczenie euro znacznie wykracza poza znaczenie walut, które zostały przez nie zastąpione. Szybko też zyskało pozycję drugiej pod względem ważności waluty świata. A oczekiwania, że zagrozi hegemonii dolara, są w pełni uzasadnione. Tak przynajmniej twierdzą ekonomiści Menzie Chinn i Jeffrey Frankel. Według ich wyliczeń, pieniądz europejski ma szansę wyprzedzić amerykański krótko po 2020 r. Ale najpierw Brytyjczycy musieliby wymienić funta na euro.
Fałszywe bezpieczeństwo
Wspólny pieniądz wytłumił
dynamikę wzrostu — twierdzą jego przeciwnicy. Euro to napęd dla gospodarki —
odpowiadają zwolennicy. Problem w tym, że niektórzy członkowie unii monetarnej
łamią jej zasady (np. zwiększają wydatki publiczne i zapożyczają się na potęgę).
Jedno jest pewne: euro zapewnia dogodne warunki dla rozwoju gospodarczego, ale
go nie wywołuje. Bez koniecznych reform da nam co najwyżej fałszywe poczucie
bezpieczeństwa. Świadczą o tym dzisiejsze problemy Eurolandu.
Krytykom euro warto przypomnieć lata 70. i 80., kiedy to zawirowania
gospodarcze i wahania kursów walut przyniosły niektórym krajom Europy dwucyfrową
inflację. Dzięki integracji monetarnej w ciągu dziesięciu lat inflacja
pozostawała na poziomie nieco powyżej 2 proc. Nie potwierdziły się też ich
obawy, że wprowadzenie wspólnego pieniądza spowoduje wzrost cen. Stabilnym cenom
towarzyszy niski poziom stóp procentowych, dający klientom łatwiejszy dostęp do
niedrogich kredytów. Na przykład średnia stopa oprocentowania kredytu bankowego
na zakup domu obniżyła się w Eurolandzie o ponad 50 proc. w porównaniu z połową
lat 90.