Dla unii monetarnej przyszedł czas próby

DI, NBP
opublikowano: 2009-05-22 07:32

Choć strefa euro nie jest krainą powszechną szczęśliwości, chyba jednak warto do niej wstąpić.

W I kwartale tego roku PKB państw strefy euro skurczył się aż o 4,6 proc. wobec spadku o 1,4 proc. w IV kw. 2008 r. To najgorszy wynik od 1995 r., gdy po raz pierwszy opublikowano dane. Obecną dynamikę wzrostu gospodarczego można opisać jednym słowem: tragedia. Jednak ekonomiści wskazują, że taki kryzys jak dzisiejszy zdarza się raz na kilkadziesiąt lat. Z tego powodu określanie potencjału europejskich gospodarek na podstawie wskaźników z ostatnich miesięcy może być — ich zdaniem — mylące. Inna sprawa, ze nawet w dużo lepszych czasach średni przyrost PKB w Eurolandzie nie był imponujący — w latach 1999-2009 osiągnął tylko 2,3 proc. Dla porównania: w tym samym okresie Wielka Brytania i USA odnotowały wzrost produktu krajowego brutto na poziomie 2,7 proc.

Triumfalny pochód
A jednak są rzeczy, którymi obszar wspólnego pieniądza może się pochwalić. Należy do nich podwojenie liczby miejsc pracy wobec poprzedniej dekady (z 8 do 16 milionów). A także odczuwalna redukcja bezrobocia (z 9 do 7 proc). i ograniczenie inflacji (z ponad 3 do 2,1 proc.). Innym sukcesem jest zaktywizowanie wymiany międzynarodowej. Jak przypominają autorzy raportu NBP, w 2007 r. na państwa członkowskie strefy euro przypadało aż 29,6 proc. światowego handlu (łącznie z obrotami wewnątrz Unii Europejskiej, które w ciągu dziesięciu lat wzrosły o około 15 proc.). Integracja monetarna przyczynia się również do wzrostu inwestycji zagranicznych poprzez eliminację ryzyka kursowego oraz niepewności wynikającej ze zmiennych kursów wymiany walut.

Znaczenie euro znacznie wykracza poza znaczenie walut, które zostały przez nie zastąpione. Szybko też zyskało pozycję drugiej pod względem ważności waluty świata. A oczekiwania, że zagrozi hegemonii dolara, są w pełni uzasadnione. Tak przynajmniej twierdzą ekonomiści Menzie Chinn i Jeffrey Frankel. Według ich wyliczeń, pieniądz europejski ma szansę wyprzedzić amerykański krótko po 2020 r. Ale najpierw Brytyjczycy musieliby wymienić funta na euro.

Fałszywe bezpieczeństwo
Wspólny pieniądz wytłumił dynamikę wzrostu — twierdzą jego przeciwnicy. Euro to napęd dla gospodarki — odpowiadają zwolennicy. Problem w tym, że niektórzy członkowie unii monetarnej łamią jej zasady (np. zwiększają wydatki publiczne i zapożyczają się na potęgę). Jedno jest pewne: euro zapewnia dogodne warunki dla rozwoju gospodarczego, ale go nie wywołuje. Bez koniecznych reform da nam co najwyżej fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Świadczą o tym dzisiejsze problemy Eurolandu.

Krytykom euro warto przypomnieć lata 70. i 80., kiedy to zawirowania gospodarcze i wahania kursów walut przyniosły niektórym krajom Europy dwucyfrową inflację. Dzięki integracji monetarnej w ciągu dziesięciu lat inflacja pozostawała na poziomie nieco powyżej 2 proc. Nie potwierdziły się też ich obawy, że wprowadzenie wspólnego pieniądza spowoduje wzrost cen. Stabilnym cenom towarzyszy niski poziom stóp procentowych, dający klientom łatwiejszy dostęp do niedrogich kredytów. Na przykład średnia stopa oprocentowania kredytu bankowego na zakup domu obniżyła się w Eurolandzie o ponad 50 proc. w porównaniu z połową lat 90.