Dlaczego rośnie deficyt handlu zagranicznego

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2022-06-13 20:00
zaktualizowano: 2022-06-13 20:16

Znaczący spadek salda handlowego Polski, czyli wzrost deficytu handlowego, pokazuje, jak mocno rozbujana jest polska gospodarka. Za mocno.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Polski eksport towarów rośnie dużo wolniej niż import. To sprawia, że saldo handlu towarami – czyli różnica między eksportem a importem – jest najniższe w historii. Dlaczego? Popularne wyjaśnienie mówi, że to efekt gwałtownego wzrostu cen surowców: kupujemy je coraz drożej, więc nominalnie import się znacząco zwiększa.

Fundamentalna przyczyna spadku salda jest jednak inna. Polskie gospodarstwa domowe i firmy redukują oszczędności oraz zwiększają akumulację towarów. Wynika to m.in. z obaw przed inflacją oraz próby podtrzymania stabilnej konsumpcji (w przypadku konsumentów) i produkcji (w przypadku firm). To obraz gospodarki, która jest rozbujana jak łódka na dużym wietrze. Wzrost cen surowców tylko rozkręca ten proces. Ryzyko że łódka zaliczy fikołka, czyli gospodarka wpadnie recesję, wydaje się duże.

Z najnowszych danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że polski eksport towarów wzrósł w kwietniu o 6,7 proc. w porównaniu z analogicznym miesiącem zeszłego roku, a import o 22,6 proc. Jeszcze ciekawszy jest fakt, że saldo handlowe spadło do -3,9 mld EUR, czyli do -18,2 mld zł. To najniższy poziom w historii, a licząc w relacji do PKB – najniższy od lutego 2012 r. Na wykresie widać, jak szybkie i znaczące są to zmiany.

Niektórzy analitycy twierdzą, że bardzo szybki wzrost importu w porównaniu z eksportem wynika z faktu, że surowce energetyczne, które w ogromnej większości sprowadzamy zza granicy, drożeją w tempie niewidzianym od kilkudziesięciu lat. Rzeczywiście to bardzo ważny czynnik. Potężny wzrost importu surowców powinien w stabilnej gospodarce wywołać spadek importu innych towarów, przynajmniej niektórych – bo gdy trzeba więcej płacić za energię, trzeba obniżyć zakupy mniej istotnych produktów. Skoro jednak wzrost cen importowanej energii nie prowadzi do spadku importu innych towarów, to znaczy, że popyt w kraju musi być potężny. I tu należy upatrywać źródła rosnącego deficytu handlowego (spadku salda).

Z prostych rachunków makroekonomicznych wynika, że saldo obrotów bieżących, którego główną składową jest wspomniane saldo obrotów handlu towarami, jest równe różnicy między krajowymi oszczędnościami a akumulacją (zapasy oraz inwestycje w środki trwałe, czyli wszystko, co służy zaspokojeniu przyszłej konsumpcji). Wysokie saldo oznacza, że oszczędności krajowe są wyższe niż akumulacja, a niskie odwrotnie – że oszczędności są niższe niż akumulacja.

Dziś w Polsce mamy do czynienia ze spadkiem oszczędności oraz wzrostem akumulacji. Proces ten w dużej mierze wynika z bardzo niskich realnych stóp procentowych, które skłaniają gospodarstwa domowe i firmy do przyspieszania zakupów. Szczególnie widoczne jest to w przypadku firm, które na potęgę akumulują zapasy w obawie przed zaburzeniami w dostawach i rosnącymi cenami. Popyt krajowy jest zatem potężny, a w dużej mierze jest finansowany nie z bieżących dochodów, ale z redukcji oszczędności.

Ważnym elementem tego procesu są wydatki uchodźców, które w rachunkach narodowych kraju są liczone jako import (zakupy nierezydentów na terytorium Polski), finansowany w dużej mierze napływem inwestycji (przenoszenie oszczędności do Polski przez uchodźców). Nawet jeżeli jednak każdy uchodźca kupił w kwietniu towary za 1,5 tys. zł, to import z tego tytułu nie przekroczył istotnie 2 mld zł. To w porównaniu do 18,2 mld zł deficytu nie jest dominującą kwotą.

Polska gospodarka jest naprawdę bardzo mocno rozbujana.