Czwartkowa sesja zupełnie odebrała inwestorom natchnienie. Bardzo szybko doszli do wniosku, że radość, z jaką dzień wcześniej przyjęli obniżenie stóp procentowych NBP, była przesadna i przedwczesna. Wszak w dziedzinie zjawisk ekonomicznych oddziaływania nie rozchodzą się z prędkością światła. Z reguły między pojawieniem się przyczyny a wystąpieniem pożądanego skutku upłynąć musi sporo czasu. Co gorsza, ostatnio okres ten wydłużył się ponad zwykłą miarę. Fed od początku roku obniżał stopy procentowe aż siedmiokrotnie, zaś amerykańska gospodarka ani drgnęła. Jakby tego było mało, zabrakło spółek-lokomotyw, zdolnych pociągnąć za sobą wszystkie wagoniki z giełdową drobnicą. W pierwszej godzinie notowań jeszcze sobie trochę postrzelano na wiwat, ale już ok. godz. 11:00 byk zaczął oddawać pole niedźwiedziowi. Gdy wydawało się, że losy sesji są przesądzone koło fortuny wykonało jeszcze jeden obrót. WIG20 znów zaczął mozolnie piąć się w górę i przed 14:00 sięgnął poziomu ustalonego podczas środowego zamknięcia (1113,75 pkt.). Tu i ówdzie słychać głosy, że do trwałej poprawy koniunktury dojdzie dopiero po ukonstytuowaniu się nowego, lewicowego rządu. Przyznać trzeba, że – z czysto poznawczego punktu widzenia – zagadkowe umysłowości ludzi lewicy mogą fascynować. Ale udostępnione niedawno szerokiemu kręgowi odbiorców pomysły ratowania finansów publicznych autorstwa, typowanego na ministra skarbu, W. Kaczmarka (wstrzymanie przekazywania składek funduszom emerytalnym oraz odstąpienie od prywatyzacji PKN Orlen i PZU) raczej budzą grozę niż podziw. Chciałoby się wierzyć, że to tylko jeden z tych snów nocy letniej, z których budzimy się zlani zimnym potem krzycząc w języku F. Kiepskiego: „Ale żem koszmara miał!”.
Andrzej Kupracz, DM BZ WBK