Ostatnie dni obfitowały w wydarzenia, których ranga mogłaby sugerować, że stanie się coś ważnego dla gospodarki. Prezydent rozmawiał z rządem i RPP, starając się załagodzić sytuację, nie do końca słusznie nazywaną sporem. Rada Ministrów z kolei wykonała pierwszą przymiarkę do budżetu. Wczoraj przeżyliśmy pierwszy od dłuższego czasu spokojny dzień. Można się więc zastanowić, co dała debata najwyższych organów państwa.
Przede wszystkim prezydent jako strażnik Konstytucji nie wyobraża sobie zmian, mających na celu ograniczenie niezależności banku centralnego. Dał także do zrozumienia, że posłowie, którzy angażują się w pracę nad nowelą ustawy o NBP, zakładającą poszerzenie jej składu i kompetencji, mogą się zająć czymś innym. To niezwykle cenne, bez względu bowiem na temperaturę i atmosferę „współpracy” rządu z NBP mamy sygnał, że nic złego się nie stanie.
Prezydent wezwał jednocześnie rząd oraz NBP i RPP do współpracy, ale „na poziomie ekspertów”. Wydźwięk jest jednoznaczny — Aleksander Kwaśniewski nie chce słuchać demagogii, ma natomiast nadzieję, że RPP będzie mogła współpracować z Markiem Belką, ministrem finansów (bo to bodaj jedyny ekspert po rządowej stronie, który może znaleźć wspólny merytoryczny język z radą). Prezydent jednak nie musiał prosić Marka Belki i Leszka Balcerowicza o współpracę, gdyż panowie ci nie mieli z nią dotąd większych problemów. Najlepszym przykładem jest spotkanie ministra finansów z RPP po ostatnim posiedzeniu rady. Fakt, obie strony mają swoje pomysły, ale rozmawiają. Wierzę, że dla dobra firm i obywateli.
Mówiąc więc o rządzie i NBP, że są to ciała niezależne, ale powinny być na siebie otwarte, prezydent odkrywczy nie był. Mówiąc, że liczy na dialog na poziomie ekspertów, prosił o coś, co już mamy. Najważniejsze jest to, że Aleksander Kwaśniewski sugeruje milczenie tym, którzy do grona ekspertów nie należą. Nazwisk nie wymieniam, bo kto krzyczał najgłośniej, każdy pamięta.
Rząd tymczasem ewidentnie boi się reakcji, jakie wywołają pierwsze konkretne informacje na temat budżetu na 2003 r. Dlatego we wtorek prace nad propozycjami przerwano, by „do nich wrócić na specjalnym posiedzeniu”. Sprawy odwlekać w nieskończoność się nie da, prawo każe gotowy projekt złożyć po wakacjach.
Tymczasem nic nie wskazuje na to, by było się czym chwalić. Według wszelkiego prawdopodobieństwa — i obym się mylił — wydatki budżetu wzrosną, i to pewnie ponad określony złotą formułą Marka Belki realnie 1 proc. Choć nikt do dziś nie potrafił mi udowodnić, że wydatki muszą rosnąć. Na całym świecie rosną — argumentował minister finansów w wywiadzie dla „PB”. Świetny argument. Wszystko wskazuje też na to, że deficyt budżetu będzie wyższy niż założone na ten rok 40 mld zł, mimo że ta — i tak kolosalna — kwota uważana jest przez ekspertów za granicę bezpieczeństwa finansów publicznych.
Może być jednak inaczej. Eksperci z RPP, NBP i resortu finansów mogą rozmawiać o kursie walut. A w tym czasie premier Leszek Miller może wykorzystać swoje zdolności oratorskie i perswazyjne, które w ciągu ostatnich tygodni przypomniał nam z naddatkiem, do przekonania ministrów, że dostaną mniej, niż im się marzy. Wszak to Leszek Miller jest premierem, którego silnej pozycji w rządzie i koalicji nie da się porównać do warunków, w jakich pracowali poprzednicy. Ma też społeczne poparcie, jeśli więc powie, że łatwe i darmowe pieniądze z budżetu się skończyły, społeczeństwo to przełknie. Tym łatwiej, im większe będzie samoograniczenie się polityków, choćby w formie likwidacji agencji, urzędów i stanowisk.
Można będzie zmniejszać podatki, przedsiębiorcy wreszcie odetchną. Rząd nie będzie musiał pożyczać na łatanie dziury, złoty trochę osłabnie. A jeśli do tego parlament uchwali zmiany przepisów krępujących przedsiębiorców, spadnie bezrobocie. Wkroczymy do Unii Europejskiej jak prawdziwy tygrys (pardon, ale orła nam ostatnio zdewaluowali piłkarze).
Panie Premierze, panie i panowie urzędnicy! Przecież to jest możliwe! Pomożecie?