Do maja czy września?

Jacek Zalewski
opublikowano: 2004-10-18 00:00

Niespodzianki nie było i Sejm w piątek skopiował swoje głosowanie z 24 czerwca, ponownie udzielając rządowi Marka Belki wotum zaufania stosunkiem głosów 234:218, przy 8 nieobecnych. Bardzo podobnie wygrali obaj zagrożeni odwołaniem ministrowie, Marek Balicki i Włodzimierz Cimoszewicz, oraz równie zagrożony budżet państwa. Odbyło się również głosowanie o natychmiastowe skrócenie kadencji parlamentu, ale w obecnej sytuacji politycznej taki wniosek traktowany jest jako żart.

Zaraz po głosowaniu zapytałem odprężonego premiera, czy wierzy, że w kwietniu znajdzie się co najmniej 307 sejmowych szabel, które zgodnie poprą skrócenie kadencji o cztery miesiące (jeśli wybory miałyby odbyć się 29 maja 2005 r., to Sejm musiałby uchwalić samorozwiązanie na początku kwietnia). Profesor Belka zauważył, iż sam posłem nie jest, ale spodziewa się odpowiedzialnego zachowania ugrupowań, które w tej sprawie składały deklaracje. Przypomniał także, że premierowskiej misji podjął się na jeden rok, który upływa akurat w maju przyszłego roku.

Czy opłaci się postawić jakieś pieniądze na wariant przeprowadzenia wyborów dopiero po zakończeniu kadencji, czyli 25 września 2005 r.? Wydaje się całkiem możliwe, że Marek Belka porządzi aż do jesieni i nie wywinie się od przygotowania projektu budżetu na rok 2006. Sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało... Przypomnijmy, że za wyborami w maju musi paść co najmniej 307 głosów — każdy poseł nieobecny automatycznie opowiada się za dotrwaniem do września. Szanse na reelekcję ma może 150 posłów, z partyjnych wierchuszek, a cała reszta idzie na polityczną zwałkę. Co mają do stracenia ci z góry przegrani, np. odmawiając podporządkowania się dyscyplinie głosowania — otóż nic! Materialnie za to stracą z powodu skrócenia kadencji dużo — cztery pensje wiceministra, diety, immunitet, etc.

Bezpośrednio po piątkowym głosowaniu, w sejmowym holu oglądaliśmy w stereo i kolorze licytację interesów Polski. Z okolic Sali Kolumnowej premier Marek Belka zarzucał opozycji partykularyzm i przedkładanie interesów partyjnych nad państwowe. W kilku innych miejscach liderzy opozycji rozgłaszali te same argumenty, tyle że odwrócone. Rządowi zarzucano przede wszystkim, iż utrzymuje się on wyłącznie dzięki sejmowemu planktonowi. To prawda, ale z diagramu wynika, że drobnica bujnie się rozwinęła także po stronie opozycyjnej.

Dla środowisk biznesowych najważniejszy jest klimat sprzyjający robieniu interesów, a wynikający przede wszystkim z poczucia politycznej stabilności. W piątek wieczorem rządowe klocki zostały ułożone na blisko rok — i to dobrze. Oczywiście biznes ma do konkretnych decyzji rządu bardzo wiele uwag. Oto świeżutki przykład, dotyczący piątkowego exposé — organizacje przedsiębiorców odrzucają tezę premiera, iż nie chcą rozmawiać o zmianie wysokości składek na ubezpieczenia społeczne.

Sejmowe zwycięstwo premiera Marka Belki jest oczywiście zwycięstwem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Przypomnijmy sobie, jak wyglądały początki — kandydata na premiera traktowano jak królika z prezydenckiego kapelusza, a po pierwszym podejściu w ogóle spisano na straty. Jednak prezydentowi udało się wysadzić fundamenty ustroju parlamentarno--gabinetowego i z pomocą Konstytucji narzucić bezwolnemu Sejmowi swój rząd. Ten triumf może się jednak okazać pyrrusowy — i wotum zaufania, i budżet, i wszelkie inne sprawy ustąpiły pierwszeństwa kolejnej już sprawie Ałganowa. Kontruderzenie parlamentu może przekształcić się nawet w próbę impeachmentu.

Możesz zainteresować się również: