Premier Ewa Kopacz, triumfująca po „powrocie z tarczą” oraz „osiągnięciu praktycznie stu procent celu”, pomija ustalenia zdecydowanie mniej optymistyczne dla polskiej energetyki. Odcedzając przyjęte w Brukseli konkluzje z politycznej wody oraz nie wchodząc w ich szczegóły (piszemy o nich na str. 8) — szefowej rządu udało się twardo przepchnąć z roku 2019 do 2030 kres przekazywania elektrowniom bezpłatnych pakietów emisyjnych. Dostaliśmy dodatkowe jedenaście lat na rzeczywiste przemiany technologiczne w energetyce węglowej. Opozycja uznaje za zdradę stanu zgodę na datę 2030, żądając przedłużenia darmowego emitowania dwutlenku węgla bezterminowo, chyba aż do wyczerpania się w Polsce pokładów węgla. Jarosław Kaczyński domagał się polskiego weta. Notabene jako premier w latach 2006–07 sam… nigdy nie wziął udziału w szczycie RE (jeździł prezydent Lech), uczestniczył tylko raz w unijno-azjatyckim zjeździe ASEM w Helsinkach. A w kwestii weta — po drugiej stronie Bałtyku słychać ogromne pretensje do premiera Stefana Löfvena, stażem jeszcze młodszego od naszej premier (objął stanowisko 3 października), za niezawetowanie porozumienia i nieobronienie ostateczności daty 2019. Takie skrajne reakcje na kompromis potwierdzają jego definicję — to porozumienie, z którego nikt nie jest do końca zadowolony.

Dokumentami zatwierdzanymi jednogłośnie przez szefów państw i rządów są wspomniane już konkluzje.
Mają one przedziwną konstrukcję, są ni to intencyjnymi wytycznymi, ni to konkretnymi dyrektywami. Mnie przypominają uchwały plenów Komitetu Centralnego PZPR, które były potem przetwarzane przez Sejm na język PRL-owskich ustaw. Dla przykładu zacytuję kluczowy dla Polski fragment konkluzji przyjętych w miniony piątek: „Państwa członkowskie, których PKB w przeliczeniu na mieszkańca wynosi poniżej 60 proc. średniej UE, mogą postanowić o dalszym przydzielaniu bezpłatnych uprawnień sektorowi energetycznemu do 2030 r. (...) Należy poprawić obecne uwarunkowania, w tym przejrzystość, aby zapewnić wykorzystanie środków finansowych na propagowanie realnych inwestycji służących modernizacji sektora energetycznego przy unikaniu zakłóceń na wewnętrznym rynku energii”. Nawet laik stwierdzi, że takie enigmatyczne zapisy zawierają ogromne możliwości interpretacyjne — chociażby w kwestii, czy Polska spełnia jeszcze warunek 60 proc. A już zdanie drugie to czysto życzeniowe chciejstwo.
Najśmieszniejsza jest okoliczność, że niewypełnienie przez jakieś państwo konkluzji jakiegoś dawnego szczytu RE nie skutkuje żadnymi konsekwencjami.
Niewdrożenie konkretnej dyrektywy natychmiast piętnuje Komisja Europejska i albo uderza oporne państwo po kieszeni, albo kieruje przeciwko niemu pozew do Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu. W przypadku konkluzji klimatycznych grozi nam co najwyżej, że w roku 2030 jakiś przewodniczący RE, kilka kadencji po Donaldzie Tusku, zawstydzi jakiegoś premiera RP, kilka kadencji po Ewie Kopacz.