Dobre przedsiębiorstwa nie potrzebują pomocy, a złe na nią nie zasługują. Tak brzmi bezwzględna liberalna maksyma, której nie trzyma się żaden rząd na świecie. Zostawiając na boku nierynkową część świata, w rynkowej części Polska należy do krajów, które najmniej przestrzegają zasady pozostawienia wielkich firm na łasce rynku. Cała grupa postkomunistyczna jest w czołówce pomocy publicznej, z wyjątkiem krajów bałtyckich. To się poniekąd tłumaczy potrzebą przezwyciężenia spuścizny socjalistycznej industrializacji, która cofnęła nas w XIX-wieczne struktury węgla i stali. To sporo kosztuje Polskę, Węgry, Czechy i Słowację.
Z ogólnej kwoty 23-26 mld złotych przeznaczonych na pomoc publiczną połowa idzie na restrukturyzację górnictwa węgla. Niby siła wyższa, tylko dlaczego połowa z tej połowy to wsparcie bieżącej produkcji, co przeczy idei restrukturyzacji. Tak samo z pomocą dla PKP. Nie wynikają z niej błyskawice w rodzaju TGV. W XXI z Gdańska do Warszawy jedzie się dłużej niż w XX wieku. To właśnie, obok dużych kwot, budzi niepokój — pieniądze podatników idą na podtrzymanie nieefektywności i marnej jakości. Wydając więcej na pomoc publiczną niż Hiszpania, jesteśmy europejską czerwoną latarnią w zakresie finansowania badań i rozwoju. Dofinansowujemy przeszłość, ucieka przyszłość...
Janusz Lewandowski, europoseł PO