Lament i oskarżenia o dyskryminację – to reakcja zarządzających krajowymi funduszami na rządową emisję dolarowych obligacji. Dwa tygodnie temu jako pierwsi opisaliśmy zarzuty padające pod adresem resortu finansów. Poskutkowało – poniedziałkowa emisja odbyła się na innych zasadach.
- Tym razem emisja została przeprowadzona w dużo lepszy sposób. Wygląda na to, że redukcje były proporcjonalne i wszystkich obowiązywały takie same zasady – mówił w środowym „Pulsie Biznesu” Ryszard Trepczyński, wiceprezes Pioneer Pekao Investment Management.
Ale niektórzy wciąż mają pretensje.
- Książka popytu została otwarta po 17., czyli po zamknięciu handlu w Europie i Polsce, a zamknięta w nocy. Tym samym polskie instytucje praktycznie nie miały szans wziąć udziału w emisji. Można było otworzyć książkę o 15., gdy handel w USA rusza na dobre, dzięki temu polskie instytucje miałyby szansę na reakcję. Najlepszym rozwiązaniem byłaby informacja o emisji przynajmniej dzień wcześniej; tak jak było przy poprzedniej emisji. Wszyscy inwestorzy mieliby czas na zastanowienie się i złożenie ofert – mówi Witold Garstka zarządzający funduszami dłużnymi w BZ WBK AIB TFI.
Ministerstwo Finansów odbija piłeczkę.
- Chcieliśmy, aby otwarcie ksiąg nastąpiło jak najwcześniej, by umożliwić udział polskim instytucjom. Jednak termin otwarcia musiał być dostosowany do rynku amerykańskiego. Czas zachodniego wybrzeża, na którym siedzibę mają jedne z największych funduszy, jest opóźniony o 3 godz. w stosunku do wschodniego. Księgi otwarto o 17. polskiego czasu, gdy na zachodnim wybrzeżu była 8. rano. Zadbaliśmy, aby polskie instytucje, szczególnie te, które brały udział w poprzedniej emisji, zostały poinformowane o otwarciu emisji. Nie wydaje się, by otwarcie ksiąg o 17. wykluczyło polskie instytucje – po poprzedniej emisji sugerowaliśmy możliwość jej otworzenia. Niektórym na złożenie ofert nie pozwolił, być może, czas pracy lub długie procedury inwestycyjne, ale na to nie mamy wpływu. Dla inwestorów azjatyckich różnica czasowa była jeszcze większa, a byli oni obecni – mówi Piotr Marczak, dyrektor departamentu długu publicznego w Ministerstwie Finansów.
Wspierają go TFI, które załapały się na emisję.
- Jeśli ktoś o 17. kończy pracę, to jego sprawa. Trzeba śledzić to, co się dzieje w USA i reagować. Do tego wystarczy jedna osoba po południu – mówi przedstawiciel jednego z TFI.
Zarządzający mają też pretensje, że trafiła do nich tylko skromna część emisji.
- Obligacje dolarowe były bardzo atrakcyjne. Rentowność złotowych to 6,2 proc., a dolarowych 6,4 proc., a gdyby zabezpieczyć kurs waluty to można zyskać kolejne 200 pkt. Dla polskich instytucji był to bardzo atrakcyjna lokata. Tymczasem resort finansów odciął nam możliwość zainwestowania – mówi Witold Garstka.
Padają też zarzuty, że rząd sprzedał obligacje dużo taniej, niż by mógł. Nie wykorzystał dużego popytu.
Dlaczego MF faworyzowało amerykańskie fundusze? Na jakich zasadach
ustalona była cena obligacji i dlaczego było to w gestii trzech zagranicznych
banków? O tym w czwartkowym "Pulsie Biznesu".