Dom narowistych marzeń

MOJE INWESTYCJE: Architekt, przemysłowiec i marketingowiec, a do tego wino. To przepis na biznesową chemię podszytą pasją. Dziś winnica w Bliskowicach wyrasta na regionalną perełkę z ambicjami na więcej.

Z powodu ograniczonych umiejętności wzbudzania poetyckiego poruszenia wesprzyjmy się małym haustem tegorocznej recenzji Wojciecha Bońkowskiego, twórcy Winosfery, znawcy wina. Pisze otóż Bońkowski po degustacji Johannitera Ultra 2015 z winnicy Dom Bliskowice: „Niebywałe polskie wino. Nowa jutrzenka ludzkości (winiarskiej). Szok smakowy i intelektualny” i tak dalej. W komentarzach pod tekstem dorzuca ocenę w stupunktowej skali: równe 90. Dla wina z krzewów co się w wiślanych mgłach tulą!

Nic zatem dziwnego, że „PB Weekend” wybrał się do Bliskowic na Małopolski Przełom Wisły (region obejmuje odcinek doliny Wisły między Wyżyną Lubelską na wschodzie oraz Wyżyną Kielecko-Sandomierską i Wzniesieniami Południowomazowieckimi na zachodzie) w poszukiwaniu praźródeł winiarskiej sensacji. A stoi za nią kilkoro doświadczonych inwestorów, których do win przyciągnęły przygoda i pasja, podszyte majaczącą na horyzoncie nadzieją na poważniejsze zyski.

Wakacje z krzakami

Połowa października w Bliskowicach bywa kapryśna. Wieś leżącą jakieś 30 km na południe od Kazimierza Dolnego nieraz chłoszczą wiatry i deszcze. Wstrzymuje to zbiory, a używanie mają wówczas najwyżej szpaki, zazwyczaj zimujące na południu Europy. A jednak — na pograniczu Lubelszczyzny i Świętokrzyskiego ptaki uporczywie wydziobują pozostałe na krzewach słodkie grona. Małopolski Przełom Wisły ze swoimi nachylonymi na południowy- -zachód stokami daje jednak uzasadnioną nadzieję, że tutejsza winorośl zachwyci nie tylko łakome ptactwo. Coś wisi tu w powietrzu. Coś dobrego.

— Od naszych początków w 2009 r. nie mieliśmy w winnicach wiosennych przymrozków. Zimą pobliska Wisła podgrzewa klimat, latem schładza niekorzystne dla owoców upały — mówi Lech Mill, na co dzień uznany architekt. Teraz stoi w ortalionowym upaćkanym płaszczu i kaloszach ubarwionych gronowymi resztkami. Do kompletu chwycił grabie w dłoń. Skoro jest mikroklimat, ale akurat nie ma pogody na zbiory, to Lech Mill porządkuje pomieszczenia produkcyjne. To on jest spiritus movens przedsięwzięcia i najbardziej oddanym sprawie winnym pasjonatem z szóstki inwestorów firmy Dom Bliskowice. Choć przygodę z winem zaczynał w PRL-owskich zakładach Warsowin, to szybko zasmakował w najlepszych winnych trunkach.

— W pewnym momencie zorientowałem się, że spędzam urlopy w winiarniach. Po jakimś czasie miejsca w klimacie Château Lafite przestały mnie już interesować. Zacząłem poruszać się niemalże po krzakach, odkrywać rodzinne małe przedsięwzięcia. Koniec końców trafiłem tu, do gminy Annopol, z pomysłem na coś swojego — opowiada Lech Mill i wskazuje na rozłożoną za jego plecami płachtę wapienno-kredowej skarpy.

Rolnik szuka skali

Za Gierka z powodu bogactwa minerałów zbocze miało zostać rozkopane i zamienione w cementownię. Dlatego miejscowi początkowotrzymali na dystans „rolników z Marszałkowskiej”. — Gdy kupowałem pierwsze kilka hektarów, okoliczni chłopi nie chcieli wierzyć, że posadzę winorośl. A mnie, owszem, podobała się gleba, ona dodaje charakteru winogronom — potwierdza Lech Mill, który swoją pasją szybko zaraził biznesowych przyjaciół. W Bliskowicach w powiecie kraśnickim niemały kapitał, liczony łącznie w milionach złotych, wyłożyli także m.in. Jakub Potrzebowski, współudziałowiec i jeden z szefów grupy marketingowej Group One, i Marek Jankowski, udziałowiec m.in. spółek Ogniochron (drugi największy producent gaśnic w Europie), Miraculum i Fire-Max (sprzęt ratowniczy). Obaj panowie znają się od lat — ich wspólna inwestycja to Siedlisko Morena, luksusowy ośrodek wypoczynkowy na Mazurach, zresztą zaprojektowany przez Lecha Milla.

— Zrobiło się z tego wina hobby na niemałą skalę — przyznaje Jakub Potrzebowski. Brniemy alejką na szczyt wzniesienia, podskubując co słodsze kiście rieslinga. Po takim spacerze nie wraca się głodnym: łącznie tereny Domu Bliskowice, poparcelowane na kilka działek, to ponad 5 hektarów. Dają rocznie około 20 tys. butelek wina. — Nie byłoby Bliskowic, gdyby nie Siedlisko Morena. Początkowo tu miała być produkcja dla gości hotelu. Szybko doszliśmy jednak do wielkości produkcji, o jakiej początkowo nawet nie marzyliśmy — wyznaje Marek Jankowski.

Białe Ferrari

Po kilku latach pracy z Bliskowic zaczęły wyjeżdżać roczniki, nad którymi krytycy cmokają z zachwytu. Dzięki kapitałowi wspólników i zapałowi Lecha Milla udało się stworzyć winnicę, zaopatrującą kilka gwiazdkowych restauracji w Londynie. Johanniter podbił kubki smakowe Europejczyków. Fakt, nie było go przesadnie wiele, ale i tak cała produkcja dostępna za minimum 95 zł za butelkę rozeszła się w trymiga. W piwnicach trunki dojrzewają we francuskich szlachetnychbeczkach, produkcja jest organiczna, pielenie ręczne. Na suficie rozwija się warstwa grzybni, mikroflora robi się niczym w zamkowych składach. Wino jest niefiltrowane, bez chemicznych utrwalaczy. Jedyną silną chemią w Bliskowicach jest miłość do wina. — W białych winach nie mamy kompleksów na świecie. Jesteśmy krainą białej winorośli — przyznaje Lech Mill.

— W białych wspięliśmy się na poziom Ferrari. W czerwonych to solidny Volkswagen — tu na przeszkodzie stoi zbyt surowy klimat. Największą blokadą szybszego rozwoju są sprawy administracyjne, celne i podatkowe, które nie promują rozwoju winiarstwa nad Wisłą — ocenia Marek Jankowski. W czasie zbiorów wszyscy zapominają o codziennych troskach. Ruch w winnicy jest jak w ulu, zajęcie ma kilkadziesiąt osób z okolicy. Przyjeżdża też nastoletni syn Jakuba Potrzebowskiego — na pracowity reset od klimatów „warszawki”. A na sandomierski rynek co rusz trafiają winogrona, podkradane z krzaków Domu Bliskowice. Sandomierzanie, testując ich słodkość, chętnie wierzą w ich grecką proweniencję.

Inwestor zadziorny

Operacyjnie winnica zarabia na swoje utrzymanie, właściciele Bliskowic przyznają jednak, że stoją na rozdrożu. Z jednej strony, cieszą się jakościowym sukcesem osiągniętym w krótkim czasie. Z drugiej, ich ambicje sięgają dużo dalej, także stołów zachodniej Europy. Nie ukrywają, że są na etapie szukania inwestora branżowego, porządnej winiarskiej firmy z doświadczeniem, technologią i rynkami zbytu.

— Modne jest poszukiwanie, testowanie, picie win z odległych krańców świata i enoturystyka. Zatem moglibyśmy trafić do nowych odbiorców, postawić hotelik przy winnicy, dokupić sprzęt, lepiej zarządzać sprawami formalnymi, które zżerają mnóstwo czasu i energii — opowiada Jakub Potrzebowski. Inwestor jest potrzebny po to, by biznes był taki, jak wysławiany Johanniter: „Bardziej zadziorny i narowisty”. &

Przy jednym stole. W winnicę w Bliskowicach niemały kapitał, liczony łącznie w milionach złotych, wyłożyli m.in. (od lewej): Marek Jankowski, udziałowiec spółek Ogniochron, Miraculum i Fire-Max, Jakub Potrzebowski, współudziałowiec i jeden z szefów grupy marketingowej Group One, oraz Lech Mill, architekt.

Swego nie znacie. Właściciele Domu Bliskowice twierdzą, że Polska jest krainą białej winorośli i nie mamy powodów, by mieć kompleksy na świecie. Dowód? Trunki z winnicy, założonej przez nich nieopodal Kazimierza Dolnego, trafiają do znanych restauracji w Londynie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Dom narowistych marzeń