W polskiej gospodarce dramatu nie ma — uspokaja Brunon Bartkiewicz, prezes ING BSK
Tsunami? Mamy tylko małe wstrząsy, góra 5 stopni w skali Richtera. Dom się trzęsie, ale stoi. Fundament jest solidny.
Spokojnie, to tylko awaria —mówią coraz częściej bankowcy, którzy jeszcze kilka miesięcy temu bili na alarm, że nadciąga kataklizm. Brunon Bartkiewicz, prezes ING BSK, należy do tych me- nedżerów, którzy wolą patrzeć na świat w jaśniejszych barwach.
— Na rynku polskim nie dzieje się nic dramatycznego. Mamy spowolnienie czy kryzys, który pełni też funkcję oczyszczającą, usuwa nieprawidłowości, nierozsądne rozwiązania. W wielu firmach mamy przecież przerosty kosztów, źle alokowane inwestycje, wysokie ceny nieruchomości. Na szczęście nie popełniliśmy tych błędów zbyt wiele. Nie panikujmy. Nie wyciągajmy wniosków, że trzeba całkiem przebudować nasze życie gospodarcze — apeluje szef ING BSK.
Nie przyłącza się do chóru wzywającego rząd do szybkich działań przeciwdziałających nadciągającemu kryzysowi.
— Jeśli ktoś krzyczy, że w Polsce dzieje się dramat, ponieważ ludzie są zwalniani z pracy, to ja odpowiem: tak, ale nie jest to powód do podejmowania nadzwyczajnych działań. Brak podstaw do przewidywania, że bezrobocie będzie dramatycznie rosło. Liczba bezrobotnych dzisiaj jest na poziomie podobnym do tego przed rokiem —mówi Brunon Bartkiewicz.
Nie wytaczać armat
Prezes ING BSK apeluje, żeby w imię ochrony rynku pracy nie naciskać na banki, by finansowały podupadające przedsiębiorstwa.
— Naszym zadaniem jest udzielanie kredytów podmiotom, które są w stanie je oddać. Proszę nie nakłaniać banków do udzielania ryzykownych kredytów, ponieważ dla wszystkich to się źle skończy — ostrzega Brunon Bartkiewicz.
W ogóle postulat dynamicznego zwiększania akcji kredytowej, "bo jest kryzys", uważa za chybiony.
— Nie wytaczajmy ciężkiej artylerii. Gospodarka jest w fazie spowolnienia i potrzeby finansowe są mniejsze. Poza tym pamiętajmy, że wbrew mitom banki pożyczają więcej niż przed rokiem — mówi szef ING BSK.
Proponuje proste ćwiczenie: porównajcie dynamikę kredytów korporacyjnych, nie z 2008 r., kiedy gospodarka pędziła jak ekspres, ale z 2006 r. czy nawet 2007 r., gdy rozwój był bardziej zrównoważony. A przy okazji sprawdźcie, jak kredytują banki na Zachodzie.
— Kilka lat temu dynamikę akcji kredytowej mieliśmy niższą niż tempo wzrostu PKB. W I kwartale była ona wyższa. Owszem, jest to przyrost jednocyfrowy, ale pamiętajmy, że mamy spowolnienie i sami przedsiębiorcy nie zaciągają kredytów. Nie kreujmy rzeczywistości, mówiąc, że banki są złe — mówi Brunon Bartkiewicz.
Kryzys nie jest głęboki
Przyznaje, że branża też ma swoje na sumieniu. Przede wszystkim kredyty we frankach — szef ING BSK sam bije się w piersi. Ma też za złe sektorowi, że odbija się od ściany do ściany. Przez ostatnie lata banki jak opętane udzielały kredytów, a za depozyty dawały klientom marne grosze. Teraz walczą o lokaty, natomiast akcja kredytowa znalazła się na dalszym planie. Zastrzega jednak, że jest przeciwny jakimkolwiek pomysłom ograniczenia wojny depozytowej.
— Czy podoba mi się, że ceny są tak wysokie? Nie! Ale czy w związku z tym należy ograniczyć wysokość odsetek? Czy powinien interweniować regulator? Jeśli ktoś nie narusza warunków obrotu gospodarczego, to nie — mówi Brunon Bartkiewicz.
Gdy któryś bank przepłaca za depozyty, to w dłuższej perspektywie jest to sytuacja dlań groźna i regulator powinien mu się przyjrzeć. Prezes ING BSK podkreśla jednak, że na razie nie ma żadnych sygnałów, że coś złego dzieje się w sektorze.
— Polskie banki przechodzą kryzys spokojnie. On naprawdę nie jest głęboki. Nie mówimy o tsunami, bo to kataklizm, przed którym nie jesteśmy w stanie się obronić. Takiej sytuacji w Polsce nie ma. Mamy wstrząsy. Pięć stopni w skali Richtera [małe wstrząsy, średnie są powyżej 5,5, a duże 6,2 stopni —przyp. red.]. Domy się trzęsą, ale stoją — uspokaja prezes Bartkiewicz.
Więcej — wydaje się, że sytuacja powoli zaczyna się stabilizować.
— Trzeba pamiętać, że firmy przygotowywały się na spowolnienie dużo wcześniej, nim temat kryzysu pojawił się w mediach. Pierwsze restrukturyzacje zaczęły się już pod koniec 2007 r. Teraz są pewne delikatne sygnały, które wcale nie muszą przerodzić się w tendencję, sugerujące, że przedsiębiorstwa zaczynają myśleć o tym, co po kryzysie. Chciałbym, żeby te pierwsze symptomy były dowodem na to, że strach przed kataklizmem minął, że nie jest aż tak źle i że wszyscy będziemy myśleli nie tylko o cięciu kosztów, ale też o tym, jak prowadzić biznes po kryzysie — mówi prezes ING BSK.