W 15 lat udało się zbudować giełdę, która pod wieloma względami dorównuje najbardziej rozwiniętym rynkom Europy. Sukces rodził się w bólach.
Wynajęta, niewyremontowana sala w budynku byłego Komitetu Centralnego, siedem komputerów biur maklerskich, pożyczony giełdzie od jednego z brokerów pecet i 300 dzisiejszych złotych obrotu — tak wyglądała pierwsza sesja na GPW 16 kwietnia 1991 r. Od tego czasu nasz parkiet przeszedł istną rewolucję. Ale to właśnie ten dzień ludzie związani z giełdą wspominają najczęściej.
— Dla wielu był to faktyczny koniec poprzedniej epoki. Dla nas, twórców giełdy — bardzo nerwowy okres. Na przygotowania i wdrożenie kompletnych zasad obrotu i rozliczeń mieliśmy zaledwie sześć miesięcy. Dziś tyle czasu zajmuje wprowadzenie niewielkich zmian w regulaminie GPW — wzdycha Wiesław Rozłucki, od 15 lat kierujący warszawskim parkietem.
Rewolucja technologiczna
Początkowo sesje odbywały się raz w tygodniu. Zlecenia wypisywano na kolorowych kartonikach. Cała sieć informatyczna giełdy była ograniczona do sali notowań, a każdy członek giełdy miał jeden terminal. Około południa następowało ogłaszanie (dosłownie, bo głosem) kursów. W ciągu piętnastu lat liczba notowanych spółek wzrosła z pięciu do ponad 250, a wartość obrotów na sesję skoczyła ponad tysiąckrotnie. To wymusiło rewolucję technologiczną na GPW.
— Możemy nawet mówić o dwóch rewolucjach. Do pierwszej doszło w 1992 r. Kolejną przyniosło wprowadzenie systemu Warset w listopadzie 2000 r. Jego adaptacja do specyfiki polskiego rynku zajęła dwa lata. W testy zaangażowano około stu instytucji rozsianych po całej Polsce. Udało się nam i dziś mamy system, który poziomem nie odbiega od najnowocześniejszych w świecie, a pod względem bezawaryjności zalicza się nawet do światowej czołówki — chwali się Włodzimierz Magiera, wiceprezes GPW.
Kowalski na parkiecie
Równolegle do rozwoju infrastruktury rosła giełdowa świadomość społeczeństwa. Przyczyniała się do tego sama GPW, poprzez liczne akcje edukacyjne, ale chyba w jeszcze większym stopniu pokaźne wzrosty indeksów. Pierwszy boom na polskie akcje trwał w latach 1993-94, a jego koniec niemal zbiegł się z niezapomnianą prywatyzacją Banku Śląskiego. Liczba aktywnych kont maklerskich do dziś nie powróciła do poziomu z tamtych lat. Przed okienka brokerów kolejki powróciły jednak po dziesięciu latach.
— Struktura obrotów na GPW to nasz powód do dumy. Mamy jeden z najwyższych udziałów indywidualnych inwestorów na kontynencie (26 proc. w 2005 r.). Oby silna pozycja drobnych akcjonariuszy trwała jak najdłużej. Niestety, w Europie jest wyraźny trend koncentracji obrotu w rękach instytucji — ocenia Wiesław Rozłucki.
Giełda debiutami stoi
W 2004 i 2005 r. indeks WIG systematycznie bił rekordy, a Kowalskich do inwestycji giełdowych zachęciły kolejne wielkie debiuty: PKO BP, PGNiG, TVN czy Polmosu Białystok. Tylko w prywatyzacji największego polskiego banku wzięło udział 200 tys. drobnych inwestorów. Właśnie debiuty stały się w tym okresie wizytówką GPW, a Warszawa od dwóch lat jest w trójce giełd o największej ich liczbie na Starym Kontynencie. Na akcjach z rynku pierwotnego można dobrze zarobić, ale zadowoleni są też sami emitenci, dla których GPW stała się w końcu prawdziwym źródłem kapitału.
— Przez 15 lat większość uczestników umiejętnie wykorzystała rynek kapitałowy. Nie zawsze było łatwo, ale sukces giełdy polega na tym, że przybywa emitentów, inwestorów, pośredników. Przybywa kapitału. Zbudowane zaufanie do giełdy procentuje. 15 lat temu wszyscy byli debiutantami, a angielskie wyrażenie securities tłumaczono jako kosztowności — komentuje Beata Stelmach, prezes Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych.
Wiele do zrobienia
Wiesław Rozłucki, którego w czerwcu na fotelu prezesa zastąpi Ludwik Sobolewski, jest bardzo zadowolony z efektów ostatnich 15 lat. Za jedyną porażkę uznaje brak zmian własnościowych w GPW, kontrolowanej w 98 proc. przez Skarb Państwa, co w praktyce uniemożliwia udział Warszawy w tworzących się europejskich sojuszach.
— Spozycjonowanie polskiej giełdy, czyli znalezienie dla niej miejsca w europejskim systemie obrotu papierami wartościowymi, to zadanie trudne i kontrowersyjne. Nie przesądzam, że przyszłością giełdy jest koniecznie sojusz. Jeśli nie, to samodzielność — operacyjna, właścicielska lub jedna i druga. To temat do dyskusji, do której jednak jeszcze nie doszło. Przesuwanie momentu decyzji nie musi, ale może się okazać dla nas sytuacją, w której nie zdążymy wsiąść do odjeżdżającego pociągu — alarmuje prezes.
Z pierwszych deklaracji jego następcy wynika, że w akcjonariacie GPW wzrośnie znaczenie krajowych instytucji finansowych. Ludwik Sobolewski pozostaje jednak sceptyczny w sprawie oferty publicznej, która wprowadziłaby akcje giełdy na samą GPW. Nowy szef parkietu raczej niechętnie wszedłby też do sojuszu z jednym z europejskich gigantów. Przychylniej patrzy natomiast na alianse z giełdami Europy Środkowej i Wschodniej, tak by GPW stała się regionalnym centrum finansowym. To przesłanie ciągle aktualnego programu Agenda Warsaw City 2010. Jednak, by plany nabrały realnych kształtów, za programem muszą w końcu pójść prawdziwe pieniądze. Niemal wszyscy obserwatorzy podkreślają przy tym, że ostatnie 15 lat na GPW uznać można za sukces.
— Jest jednak jeszcze wiele do zrobienia. Potrzebujemy więcej spółek i inwestorów. Giełda istnieje w świadomości społecznej, ale jej rola w polskiej gospodarce musi stale rosnąć. Chciałbym, żeby wszyscy dorośli Polacy posiadali podstawową wiedzę o rynku kapitałowym. Do tego powinniśmy dążyć — podsumowuje Jarosław H. Kozłowski, przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych i Giełd.