Dostawa sportowych emerytów

Robert Korzeniowski
opublikowano: 30-05-2008, 00:00

Sportowcy później niż ich rówieśnicy wchodzą w życie zawodowe. I niełatwo się w nim odnajdują — zwłaszcza, gdy wcześniej nie pomyśleli, co będą robić po zakończeniu kariery.

Zawodniczą metę osiąga się zazwyczaj w wieku 35-40 lat. Rówieśnicy mistrza mają już wtedy zawodowe osiągnięcia, on — medale i piękne wspomnienia. Frustracja przychodzi zaraz po zawieszeniu butów na kołku. Szczególnie podatni na nią są gwiazdorzy. Trudno im zejść z piedestału i „ubrudzić” sobie ręce… Tym bardziej że nawet nie wiedzą, jak to zrobić.

Niedawno pod egidą ONZ współorganizowałem akcję Mistrzowie Sportu — Mistrzowie Życia. Szukałem takich mistrzów — i miałem spore problemy ze skompletowaniem kapituły konkursu. Winni w niej zasiadać ci, którzy odnosili sukcesy w sporcie i odnoszą je nadal, już po zakończeniu zawodniczej kariery. Przyszli mi do głowy: Czesław Lang, Dorota Idzi, Andrzej Sypytkowski, Krzysztof Hołowczyc (choć ten wciąż startuje)… Nieduża grupa. Bo większość marzy o przejściu na sportową emeryturę — najlepiej gwarantowaną, rządową, dożywotnią rentę. To mniej więcej średnia krajowa, wypłacana medalistom olimpijskim. Sportowcy bez trofeów z igrzysk po zakończeniu startów zostają jednak na lodzie — i to wcale nie po to, by tańczyć pod dyktando Maćka Kurzajewskiego i Tatiany Okupnik.

Czy stać nas na zmianę takiego nastawienia? Nie wiem. Ale na pewno nie stać nas na tracenie pereł. Sportowcom brakuje co prawda umiejętności z dziedzin innych niż sport, ale są wytrwali i odporni na stres — a to cenne, także w biznesie. Walczą i dochodzą do celu. Dla nich to oczywiste. W krajach tzw. starej Europy firmy rekrutacyjne (np. Adecco) docierają do zawodników kończących kariery i wprowadzają ich na rynek pracy. Przedsiębiorcy współpracujący z Adecco tylko czekają na nową „dostawę” sportowych emerytów. Bo to się opłaca.

Inny model polega na zatrudnianiu sportowców w firmach czy strukturach mundurowych już w czasie ich karier — i na stopniowym „absorbowaniu” ich przez pracodawców w miarę wycofywania się ze startów. Bundeswehra, włoscy karabinierzy czy francuska poczta i koleje często zatrudniają zawodników i „oddelegowują” ich do pracy w sporcie. W Polsce robiły to kiedyś m.in. kopalnie, wojsko i policja, ale bohaterowie stadionów najczęściej kończyli współpracę ze chlebodawcami wraz z finiszem przygody ze sportem. Nie chcieli pracować? Nie. Po prostu — nie było na nich pomysłu. Karykaturalne zasady w czasach komuny... Stopniowo idole rozpływali się w codzienności i bylejakości.

Pokonywanie życiowych zawirowań łatwiej przychodzi reprezentantom dyscyplin indywidualnych niż zespołowych. W sporcie są zdani sami na siebie, podczas występu nie mogą liczyć na kolegów z drużyny. Dlatego wydaje się, że lepiej przystosowują się do życia po zakończeniu kariery. Zbigniew Boniek to jeden z nielicznych reprezentantów zespołowych sportów, który odniósł sukces po zejściu z boiska. Biorąc pod uwagę liczbę trenujących piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę — raczej słaby wynik.

Nigdy nie zapomnę swej pierwszej rozmowy z szefem polskiego oddziału Citroena. Zapytał mnie: co pan może dla nas zrobić? Umiejętność odpowiedzi jest bardzo ważna. Jeżeli zawodnik jest „przedmiotem” kontraktu sponsorskiego — kontaktami z firmą zarządza menedżer, trener lub ojciec — no to po zakończeniu kariery nie będzie miał korzyści ze swych relacji z biznesem. Jeśli jednak jego relacje będą bardziej świadome, to — jak Czesław Lang — może na przykład reprezentować firmy, z którymi współpracował jako zawodnik. Z drugiej strony… Bankructwo Zenona Jaskuły wskazuje, że dobre relacje z byłym sponsorem nie wystarczą, by odnieść w biznesie sukces. Trzeba sobie znaleźć niszę. Arkadiusz Skrzypaszek miał złe doświadczenia z budowania widowisk medialnych, ale odkąd zajął się nieruchomościami — dobrze sobie radzi.

Nie ma uniwersalnej recepty na odnalezienie się zawodnika w życiu pozasportowym, gdzie liczą się głównie określone kompetencje lub potencjał intelektualny, stwarzający szanse ich opanowania. Dlatego na początku kariery — powiedzmy w wieku 20-25 lat — warto zainwestować w siebie: studiując. Wbrew pozorom, sportowiec ma na to więcej czasu niż uczestnik biznesowego wyścigu szczurów. Kierunek nie jest ważny. Nie chodzi o zdobycie konkretnej wiedzy, ale przyswojenie umiejętności uczenia się, wzbudzenie głodu nowej nauki. Dyplom przydaje się, bo w wielu instytucjach mgr wciąż stanowi przepustkę do stanowisk menedżerskich, choć prezydentem można — jak wiemy — zostać bez tego tytułu. Może zatem powiedzenie: ciało rzeźbi umysł winno stać się dla sportowców dewizą do kierowania się w tym „drugim życiu”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Robert Korzeniowski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu