Drobni akcjonariusze Wawelu skarżą zarząd
Od kilku miesięcy mniejszościowi akcjonariusze Wawelu oskarżają zarząd o działanie na szkodę spółki. Do prokuratury trafia dokument za dokumentem, jednak do tej pory nie widzi ona podstaw do wysunięcia oskarżeń. Prezes Wawelu chce w tej sprawie zwołać konferencję prasową.
Grupa akcjonariuszy Wawelu (nazwiska do wiadomości redakcji), krakowskiego producenta słodyczy, zarzucają zarządowi działania, które — ich zdaniem — naraziły spółkę na znaczne straty. Do najpoważniejszych zarzutów zaliczyli warunki sprzedaży jednej z firm zależnych od Wawelu, która była jednocześnie posiadaczem pakietu akcji giełdowej spółki. DOT, bo o nim mowa, był zależny od firmy WIK, w 100 proc. kontrolowanej przez Wawel.
— Spółka DOT pakiet akcji Wawelu kupiła za 8,48 mln zł plus koszty sfinansowania transakcji. Firma została jednak sprzedana za 6,41 mln zł. Na tej transakcji Wawel poniósł 2 mln zł straty — powiedział nam jeden z mniejszościowych akcjonariuszy Wawelu.
— Wiem, kto stoi za rozpowszechnianiem tych bzdur, ale skoro się one pojawiają, muszę je skomentować. Nieprawdziwe jest stwierdzenie, że Wawel sprzedał tę spółkę za 6,4 mln zł. Wartość tej transakcji wyniosła 10,3 mln zł. Niemiecka firma, która nabyła DOT, wpłaciła pieniądze, a ponadto przejęła zobowiązania spółki, co w sumie dało kwotę ponad 10 mln zł. Zarobek jest oczywisty i taka kwota została podana w raporcie bieżącym — tłumaczy Dariusz Orłowski, prezes Wawelu.
Nie są to jednak wszystkie zarzuty. Akcjonariusze wypomnieli odkupienie przez Wawel własnych akcji od rodziny Świtalskich, która założyła w sądzie sprawę przeciwko poprzedniemu zarządowi Wawelu (Dariusz Orłowski był wtedy dyrektorem finansowym). Zdaniem akcjonariuszy mniejszościowych, odkupienie walorów miało na celu przyczynienie się do wycofania sprawy z sądu.
— Zarząd odkupił te papiery płacąc 30 zł za akcję, podczas gdy kurs giełdowy wynosił wtedy 17,50 zł — mówi udziałowiec Wawelu.
Obrona przed panem X
Tego zarzutu prezes nie chciał nawet komentować.
— To nie było tak. Nie chodziło tu o rodzinę Świtalskich, tylko o — nazwijmy go — pana X z firmy Hanka. Miał on znaczny pakiet akcji i chciał wejść do zarządu, a potem doprowadzić do wypompowania z Wawelu pieniędzy na rzecz Hanki, która miała i ma poważne kłopoty finansowe. To była obrona przed wrogim przejęciem. Pan X zgodził się odstąpić akcje, ale żądał 30 zł za walor. To była konieczność — powiedział nam były pracownik Wawelu.
Dobry zarzut
Trzecie oskarżenie akcjonariuszy dotyczyło ukrywania wyników spółek zależnych oraz stałe powiększanie zadłużenia Wawelu.
— Cieszę się, że padł ten zarzut. Kiedy przyszedłem do Wawelu, spółka miała 19 mln zł kredytów oraz straty. Teraz kredyt wynosi 5 mln zł, a spółka przynosi zyski. Co do strat grupy kapitałowej, to podczas WZA wyjaśniłem wszystko zainteresowanym akcjonariuszom. Po pierwsze — spółka DOT miała stratę, bo spłacała kredyt zaciągnięty na zakup akcji Wawelu. Po drugie — na koniec każdego okresu obrachunkowego wycenia się akcje będące w posiadaniu danej firmy. Kurs był niższy od ceny zakupu walorów. Stąd strata. Nie miała ona jednak żadnego znaczenia. Przecież DOT został sprzedany z dużym zyskiem. Dla nabywcy strata nie miała znaczenia, płacił za akcje Wawelu — dodaje prezes Orłowski.
— O tych i innych nieprawidłowościach poinformowaliśmy Komisję Papierów Wartościowych i Giełd. Czekamy na reakcję — podsumowali akcjonariusze.
KPWiG na razie nie planuje postawienia zarzutów zarządowi spółki.
Zdaniem prezesa, zarzuty z paragrafów 485 i 487 kh również są bezpodstawne. Spółka kupowała bowiem pośrednio swoje akcje w 2000 r., a wtedy obowiązywał jeszcze stary kodeks handlowy.
Ponad 5 proc. akcji Wawelu mają: Gustav F.W. Hamester (20,41 proc., przez DOT), BIG BG (13,69 proc.), Wawel (11,4 proc. poprzez WIK) oraz Eugeniusz Małek (6,64 proc.).