Droga do Nobla wiedzie pod górkę

opublikowano: 12-06-2018, 22:00

Po przepuszczeniu propagandowej wody przez wyżymaczkę suchego zostaje we wspólnym oświadczeniu niewiele.

Wczorajszemu komentarzowi tytuł „Konkluzje zawsze lepsze od ich braku” nadałem bez wiedzy, czy Donald Trump, prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki, oraz Kim Dzong Un, przewodniczący Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (przez jej szczęśliwych mieszkańców tytułowany „niezłomnym przywódcą”), pozostawią jakiś dokument podsumowujący ich niewątpliwie historyczne spotkanie na wyspie Sentosa w Singapurze. I takowy został podpisany, chociaż w niskiej randze dyplomatycznej „wspólnego oświadczenia”. Po przepuszczeniu propagandowej wody przez wyżymaczkę suchego zostaje w nim niewiele. Na przykład ze zdania „KRLD zobowiązuje się do starań na rzecz całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego” nie wynika żadne zobowiązanie. 72-letni Donald Trump i 34-letni Kim Dzong Un zasiedli równi stanem — jak atomowy mocarz z atomowym mocarzem. Inteligentny, kształcony w Szwajcarii (nie chodzi o Trumpa) satrapa doskonale wie, że gdyby nie jego program nuklearny, nigdy by do takiego stołu nie został dopuszczony. Główną przyczyną jego taktycznego zwrotu stało się samozniszczenie koreańskiego ośrodka próbami termojądrowymi.

Donald Trump i Kim Dzong Un jeszcze niedawno obrzucali się wzajemnie inwektywami.
Zobacz więcej

Donald Trump i Kim Dzong Un jeszcze niedawno obrzucali się wzajemnie inwektywami. Fot. Jonathan Ernst-Forum

Do wciąż niezakończonej wojny koreańskiej nawiązał humanitarny punkt oświadczenia. Obie strony pragną odzyskać szczątki jeńców wojennych i zaginionych w akcji, w tym doprowadzić do jak najszybszej wymiany szczątków osób już zidentyfikowanych. Wypada przypomnieć, że starcie zapoczątkowane w czerwcu 1950 r. toczyło się między komunistyczną Północą, wspartą armią chińską (teoretycznie ochotniczą), a wojskami Południa oraz korpusem Organizacji Narodów Zjednoczonych, złożonym głównie z wojsk amerykańskich. W kryzysowym momencie generał Douglas MacArthur zażądał użycia broni atomowej, ale prezydent Harry Truman — sam jedyny w dziejach atomowy decydent — na to nie poszedł i zwolnił generała. Można zatem uznać, że przed programem Kim Dzong Una kontekst atomowy poprzednio dotyczył Półwyspu Koreańskiego w… 1951 r.

Ustabilizowana od 1953 r. na 38. równoleżniku strefa rozejmowa zwana jest zdemilitaryzowaną jak na ironię. To jedno, gigantyczne pole minowe, w miarę bezpieczne są tylko baraki rokowań w Panmundżomie. Miałem okazję być tam dwa razy, ale co najważniejsze i w co trudno uwierzyć — za każdym razem z… innej strony. Na podstawie oglądu obu części Korei stawiam tezę, że nie tylko ich zjednoczenie, ale nawet osiągnięcie takich relacji, jakie niegdyś miały oba państwa niemieckie — jest wykluczone. Przynajmniej dopóki Kim Dzong Un żyje, a ma dopiero 34 lata.

Wiele natomiast wskazuje na to, że nie będzie w stanie odbudować programu atomowego, zatem denuklearyzacja półwyspu rzeczywiście nastąpi. Wtedy wspólnie z Donaldem Trumpem faktycznie mogą załapać się na pokojowego Nobla. Norweski komitet lubi takie rozdawać. Po wojnie wietnamskiej wpólnie zostali nagrodzeni w 1973 r. ministrowie spraw zagranicznych Henry Kissinger i Le Duc Tho. W 1978 r. egipsko-izraelską nagrodę podzielili prezydent Anwar as-Sadat i premier Menachem Begin. Z kolei w 1994 r. izraelsko-palestyński pokojowy Nobel był aż potrójny: otrzymali go premierzy Szimon Peres i Icchak Rabin oraz przywódca bojowników Jasir Arafat. Po takich przykładach ewentualni sygnatariusze traktatu pokojowego w Korei, formalnie kończącego trwającą od 68 lat wojnę, bez wątpienia na nagrodę zasłużą. Ale jej perspektywa — jak w tytule.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Polityka / Droga do Nobla wiedzie pod górkę