Zwycięstwo pary demokratycznej nie zostało rozstrzygnięte od razu w nocy 3/4 listopada 2020 r., ale już od soboty 7 listopada stało się oczywistością dla cywilizowanego świata. Gratulacje do prezydenta elekta najszybciej popłynęły z Unii Europejskiej. Niestety, Andrzeja Dudę wtedy było stać wyłącznie na zdawkowe uznanie dla Josepha Bidena za… udaną kampanię. Dyplomatyczną obstrukcją podał rękę m.in. Władimirowi Putinowi, a także innym władcom z definicji niechętnym USA, np. z Chin czy Iranu. Psychologicznie nawet da się wyczekiwanie zrozumieć, przecież całe PiS oraz Andrzej Duda postawili całą pulę na reelekcję Donalda Trumpa. TVP przez wiele tygodni nie przyjmowała do wiadomości faktów i mocno kibicowała pseudoprawnym wysiłkom odwrócenia przez Trumpa biegu historii. Prezydent RP odwlekał moment okazania się w oczach cezara z Białego Domu niewiernym Brutusem…

Czysto formalnie do wstrzymania gratulacji nie można się właściwie przyczepić. Wszak zgodnie z Konstytucją USA dopiero 14 grudnia odbyły się wybory prezydenta i wiceprezydenta, głosowanie powszechne z 3 listopada jedynie ustaliło partyjny skład kolegium elektorskiego w stosunku 306:232. Politycznie jednak popełniony został gigantyczny błąd, zwłaszcza wobec nadziei na podtrzymanie dobrych relacji polsko-amerykańskich. Po głosowaniu elektorów uznanie prezydentury Josepha Bidena popłynęło już od najbardziej opornych, przy czym Władimir Putin okazał się… szybszy od Andrzeja Dudy (efekt różnicy czasu). Rzecz jasna kolejność depesz nie będzie czynnikiem rozstrzygającym o priorytetach polityki prezydenta USA, jednak o uprzywilejowanej pozycji Polski można zapomnieć. Nie tylko w amerykańskiej hierarchii państw członkowskich UE, lecz także NATO.