Duży może więcej

Andrzej Nierychło
22-03-2005, 00:00

Czyżby więc jednak euro w Polsce już w 2009 roku? Tak można zrozumieć falę ostatnich informacji z Brukseli. W rzeczywistości sprawa nie jest taka prosta, nikt nie otworzył Polsce wrót do krainy szczęśliwości. To inne kraje załatwiają swoje sprawy, a Polska ewentualnie może to wykorzystać, choć wcale nie jest pewne, że warto (więcej piszemy o tym na stronie 9).

Na razie jednak korzystają inni. Tym razem Niemcy i Francuzi załatwili swój interes, Unia przeszła do porządku nad systematycznym przekraczaniem przez nich dopuszczalnego deficytu budżetowego (3 proc. PKB), które winno już pociągnąć przewidziane traktatem kary. Ale ukaranie Francji i Niemiec na gruncie wspólnej waluty europejskiej z całą pewnością przyniosłoby gorzkie owoce w pracach nad nowym wieloletnim budżetem Unii. Tak się bowiem składa, że oba kraje opowiadają się za obniżeniem poziomu tego budżetu, co oznaczać musi zmniejszenie środków pomocowych, jakie Unia przeznacza dla uboższych członków. W tym zaś miejscu przecinają się interesy państw, które już przyjęły euro, i tych, które do tego aspirują.

Wypracowano więc kompromisowe rozstrzygnięcie typu „wilk syty i owca cała”. Warto się przyjrzeć temu rozwiązaniu, gdyż pokazuje ono, jak elastyczne mogą stawać się w pewnych warunkach rzekomo nienaruszalne europejskie zasady. Przyjęto mianowicie wyjaśnienia Niemiec i Francji, iż ich powiększone deficyty mają charakter przejściowy i że są spowodowane szczególnymi, wyjątkowymi wydatkami. W wypadku Francji mają to być wydatki na badania i rozwój oraz pomoc dla światowej nędzy. Niemcy dyskontują zaś koszty zjednoczenia kraju, cóż z tego, że dokonanego 15 lat temu.

W takiej samej logice mieszczą się polskie oczekiwania, że Unia przystanie na zaliczanie kosztów reformy emerytalnej w sposób pomniejszający deficyt PKB (chodzi z grubsza o to, czy oszczędności pęczniejące w OFE należą do sektora publicznego czy prywatnego). Jest to wykręt równie dobry co francuski czy niemiecki, a może i lepszy. Tyle że Polska nie ma w drugiej ręce kija i niczym Unii postraszyć nie może. Gorzej — musi dopiero poprosić o wpuszczenie do Eurolandu.

Byłoby zatem lepiej, gdyby miast szukać tłumaczeń, dlaczego nie spełniamy warunków z Maastricht, postarać się je spełnić. To jednak przenosi punkt ciężkości na podwórko krajowe i każe zająć się naprawianiem budżetu, w tym zwłaszcza cięciem wydatków publicznych. Mało to wdzięczne zajęcie, a i politycznego guza zarobić łatwo. Niewiele jest przesłanek, że przyszły rząd będzie na tym polu sprawniejszy od dotychczasowych.

Odradza się więc klasyczny dylemat, czy korzystać z rozwiązań łatwiejszych, czy porywać się na ambitniejsze? W dziedzinie monetarnej łatwiejsze rozwiązania bywają jednak niebezpieczne, bo oznaczają psucie pieniądza. Jest to więc wybór ważniejszy od tego, czy zaczniemy zarabiać i płacić w euro w dziewiątym, dziesiątym czy może dwunastym roku tego stulecia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Nierychło

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Duży może więcej