Mimo biurokratycznych barier, firmy korzystają z unijnego wsparcia. To jeden z plusów akcesji.
Debata poprzedzająca referendum akcesyjne dwa lata temu obfitowała w skrajne opinie. Jaki jest bilans dziś?
Zaczęło się od poślizgu. Niektóre programy operacyjne, określające ramy prawne wykorzystania funduszy strukturalnych w Polsce, ruszyły z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Choć Polska przygotowywała się do przystąpienia do UE od kilku lat, 1 maja 2004 r. zaskoczył urzędników. Przykład? Do programu, z którego dotowany jest udział przedsiębiorstw w międzynarodowych targach i wystawach, rozpoczęto nabór wniosków, mimo braku rozporządzeń, określających m.in. zasady oceny aplikacji. Skutek? Do dziś dotacje wypłacane są z opóźnieniem.
Nadgorliwość
Po kilku miesiącach od akcesji okazało się z kolei, że Polacy „przedobrzyli” z przepisami. Zmiany zasad składania wniosków, podpisywania umów z beneficjentami czy rozliczania projektów wymagały szybkich reakcji. Niestety, procedura nowelizacji rozporządzeń — a to w nich uregulowano wszelkie szczegóły, jest długotrwała. Dlatego beneficjenci musieli tygodniami oczekiwać potrzebnych zmian.
— System, który sami sobie stworzyliśmy, jest tak skomplikowany, że niemal paraliżuje rozdział pieniędzy. Nadzieję budziło powstanie Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, które miało przejąć wiele kompetencji innych resortów. Okazało się, że powstał tylko kolejny twór biurokratyczny — uważa Rafał Antczak, ekspert z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych CASE.
Nieprzyjazna praktyka
Ocena tysięcy wniosków wymaga także ogromnego nakładu pracy ze strony urzędników. Opóźnienia w ogłaszaniu wyników konkursów czy wysoka rotacja kadr nie są najlepszą wizytówką polskiej administracji. Rafał Antczak podkreśla, że największym ciężarem są jednak wadliwe przepisy.
— Przy programach obsługiwanych przez Agencję Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa procedury były zdecydowanie bardziej przejrzyste, a dzięki temu jakość pracy urzędników wyższa. Wszystko zależy zatem od jasnych, stabilnych przepisów, które nie pozostawiają zbyt dużo miejsca na uznaniowość — tłumaczy Rafał Antczak.
Z kolei Piotr Stefaniak, prezes Europejskiego Centrum Przedsiębiorczości, zwraca uwagę na praktykę urzędników.
— Nieprzyjazna przedsiębiorcom wykładnia przepisów, niejasne uzasadnienia podejmowanych decyzji powodują nie tylko irytację przedsiębiorców, ale także co gorsza — zmniejszenie efektywności wykorzystywanych środków — wyjaśnia Rafał Antczak.
Jego zdaniem, błędem było także przeznaczenie zbyt dużych kwot na projekty szkoleniowe.
— Polskie firmy, przede wszystkim te mniejsze, potrzebują kapitału na inwestycje. Wiele małych podmiotów, które funkcjonują w trudnych warunkach i przetrwały załamanie koniunktury lat 2000--02, nie wyraża zainteresowania szkoleniami. Nauka chodzenia nie ma sensu, kiedy uczeń umie świetnie biegać — przekonuje Rafał Antczak.
Tę opinię potwierdzają trudności z rozdziałem dotacji z działania 2.1. Sektorowego Programu Operacyjnego — Wzrost Konkurencyjności Przedsiębiorstw, przewidującego wsparcie na projekty szkoleniowe — aby wydać pieniądze, zdecydowano o 11 terminach naboru wniosków w 2005 roku oraz o przesunięciu środków na dotacje inwestycyjne.
Zahartowani przedsiębiorcy
Trudno już dziś ocenić, jaki rzeczywisty wpływ mają miliardy z funduszy unijnych na rozwój polskich przedsiębiorstw. Nie ulega jednak wątpliwości, że przedstawiciele firm nie siedzieli z założonymi rękami.
— Dwa lata temu wielu traktowało fundusze unijne jako „kroplówkę na podtrzymanie życia”. Dzisiaj większość tych, którzy interesują się funduszami, to ci, którzy mają pomysły na ciekawe projekty i szukają sposobu na ich podrasowanie — mówi Piotr Stefaniak.