Sekretarz stanu przyjęła je do depozytu — traktat podpisany został w 1949 r. w Waszyngtonie, stąd jego dokumenty trzyma rząd USA — i od tej chwili formalnie znaleźliśmy się w wymarzonym sojuszu. O tej samej porze, czyli o naszej godz. 19, odbyła się uroczystość na warszawskim placu Piłsudskiego. Odegrano hymny, na maszt popłynęła flaga NATO, ale najbardziej zapamiętałem wielki kontrast. Wierchuszkę państwa na trybunie honorowej rozpierała duma w poczuciu dziejowości chwili — prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, premiera Jerzego Buzka, ministra obrony Janusza Onyszkiewicza z resztą rządu, generalicję — prężyła się orkiestra z kompanią reprezentacyjną, na niebie wystrzeliły ognie sztuczne. Na placu panowała jednak kompletna pustka, nie licząc mediów, grupy zainteresowanych urzędników i dosłownie garstki przechodniów.

Ten kontrast jeszcze bardziej umocnił mi się w pamięci pięć lat później. O północy z 30 kwietnia na 1 maja 2004 r. w tym samym miejscu w podobnych okolicznościach płynęła na maszt flaga Unii Europejskiej, ale plac Piłsudskiego był pełen radosnych ludzi. Ba, znalazła się także ekipa z transparentem „UE NIE”, ale tamten tłum potraktował ją bardzo pobłażliwie, jako grupkę osób przypuszczalnie chorych na głowę. Zastanawiające są przyczyny wyraźnej dwoistości postrzegania przez opinię publiczną obu akcesji Polski. O przystąpieniu do NATO rozstrzygnęła wyłącznie klasa polityczna, która jednak dobrze wczuwała się w ówczesne nastroje społeczne. Warto przypomnieć wyniki głosowań z 17 lutego 1999 r. w obu izbach parlamentarnych nad ustawą ratyfikacyjną traktatu z Waszyngtonu. Sejm uchwalił ją stosunkiem głosów 409:7, przy 4 wstrzymujących się i 40 (to jednak sporo) nieobecnych. Senat po kilku godzinach zatwierdził jeszcze bardziej miażdżąco — 92:2, przy 1 wstrzymującym się i 5 nieobecnych. Obie izby były pęknięte między rządową koalicją AWS-UW a opozycją na czele z SLD i PSL, ale do NATO wszyscy mieli stosunek jednakowy. Znacznie późniejsza akcesja do UE była jednak nieporównywalnie trudniejsza merytorycznie, wymagała zamknięcia wielu trudnych rozdziałów negocjacyjnych, zaś ratyfikacja traktatu akcesyjnego z Aten — ogromnej kampanii informacyjnej przed referendum z 7-8 czerwca 2003 r.
Z perspektywy 20-lecia w NATO i 15-lecia w UE obie organizacje wypada uznać za równorzędne nogi stabilności Polski. Obecne rozdmuchane obchody jubileuszu sojuszu militarnego są zapowiedzią czekających nas unijnych, które trafią akurat na kampanię przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Zastanawiam się nad możliwym wówczas poziomem zakłamania przez tzw. dobrą zmianę historii akcesji do UE. Powyżej przypomniałem kilka nazwisk prawdziwych architektów wprowadzenia Polski do NATO. O postaciach fikcyjnie tak hołubionych obecnie przez finansowany z budżetu aparat propagandowy dwie dekady temu nikt w kwaterze głównej NATO oraz gronie ówczesnych decydentów politycznych nie słyszał.