Pierwszy tydzień kadencji Donalda Trumpa potwierdził, że 45. prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji wprowadzania w życie od ręki populistycznych haseł wyborczych. Przykładem jest dekret radykalnie ograniczający nie tylko napływ imigrantów, lecz także ruch osobowy z Bliskiego Wschodu. Prezydent od pierwszych dni wziął też na cel wielostronne umowy gospodarcze. Wywołując konflikt dyplomatyczny z Meksykiem, rozpoczął demontaż funkcjonującej od 1994 r. strefy NAFTA (North American Free Trade Agreement), przy czym, rzecz jasna, nie chodzi mu o odizolowanie Kanady. Zgodnie z zapowiedzią, wypowiedział umowę TPP (Trans-Pacific Partnership), podpisaną w 2015 r. przez Baracka Obamę, ale wciąż nie ratyfikowaną. Nie postawił jeszcze formalnie krzyżyka na TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership), jednak eurokracja w Brukseli nie ma już chyba złudzeń, że negocjacyjne dokumenty można odłożyć do archiwum.

Z polskiego punktu widzenia ważniejsza od losów TTIP jest oczywiście przyszłość Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO). Z Waszyngtonu słychać w tej sprawie wyraźny dwugłos. Sam lokator Białego Domu powtarza, że sojusz jest strukturą przestarzałą. Charakterystyczna była scenka podczas piątkowej konferencji prasowej Donalda Trumpa i Theresy May — brytyjska premier podkreśliła, że NATO to bastion wspólnego bezpieczeństwa, a prezydent jedynie milcząco, od niechcenia jej przytaknął. Podobnie przebiegła jego telefoniczna rozmowa z Angelą Merkel — komunikat jest optymistyczny, ale mówiła głównie pani kanclerz. Z drugiej strony, bardzo pozytywna dla Europy jest opinia emerytowanego generała Jamesa Mattisa, nowego sekretarza obrony. Potwierdza on, że USA pozostaną najważniejszym partnerem NATO oraz że ich zaangażowanie w Europie Środkowej i Wschodniej nie ulegnie zmianie.
Amerykańscy żołnierze, przysłani przez Baracka Obamę zgodnie z decyzją warszawskiego szczytu NATO, dopiero się aklimatyzują. Naturalne jest jednak pytanie, jak długo u nas zostaną. Szybkie wycofanie ich byłoby ruchem zbyt radykalnym nawet jak na niepoprawnego politycznie Donalda Trumpa — zwłaszcza że druga zmiana już się szkoli. W ciągu półtora roku można jednak spodziewać się korekty. Dlatego gwałtowne przyspieszanie integracji, takie jak zorganizowanie anormalnie szybko wspólnych manewrów polsko-amerykańskich, służy wyłącznie krajowej propagandzie i nie ma wpływu na docelowe decyzje strategiczne.
Rozstrzygający będzie udział Donalda Trumpa w tegorocznym szczycie NATO w Brukseli. Zostanie on połączony z otwarciem nowej, równie efektownej co kosztownej siedziby głównej kwatery sojuszu, przez pół wieku mieszczącej się w prowizorce. Prezydent USA przyjazdu na razie nie potwierdził, ale bardzo możliwe, że bytność w Brukseli połączy z wizytą państwową w Londynie u królowej Elżbiety II oraz udziałem w szczycie G20 w Hamburgu. W tym kontekście bardzo ciekawe jest, kiedy (wcześniej czy później?) spotka się osobiście z Władimirem Putinem, co obaj uzgodnili w piątkowej rozmowie telefonicznej…