Dymią kominy, huczą młoty

Tomasz Markiewicz
opublikowano: 2003-05-23 00:00

O powiem wam o polskim Magnitogorsku, o polskim Magnitostroju. Słuchajcie, słuchajcie — to nie cytat z reportażu z budowy Nowej Huty, lecz kawałek relacji Melchiora Wańkowicza z powstania Zakładów Południowych w Stalowej Woli — serca Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Tej wielkiej inwestycji międzywojnia poświęcił Wańkowicz w 1939 roku entuzjastyczną „Sztafetę — książkę o polskim pochodzie gospodarczym”. Nie- przypadkową nazwę Stalowa Wola wymyślił gen.Tadeusz Kasprzycki, minister spraw wojskowych. Oddawała nastrój budowniczych COP-u, największego osiągnięcia gospodarczego II Rzeczypospolitej.

Na roli

Jeszcze w końcu lat 30. ludność miejska stanowiła ledwie 30 procent polskiego społeczeństwa. Tylko własny przemysł mógł nas, także na wypadek wojny, uniezależnić od importu amunicji i uzbrojenia — tak jak własny port morski zapewniał bezpośredni import towarów strategicznych.

Do kryzysu lat 1929-1933 rządy wzdragały się przed aktywną ingerencją państwa w gospodarkę. W 1934 r. pojawiły się oznaki ożywienia, zwłaszcza w przemyśle energetycznym, chemicznym i skórzanym. Ale poziom produkcji przemysłowej i rolnej stanowił tylko około 72 procent stanu z roku 1928, a bezrobocie sięgało pół miliona osób! Przeludnienie wsi oceniano na 5,5 mln ludzi zbędnych — z punktu widzenia ekonomicznego, rzecz jasna.

Postępowcy górą

Trudna sytuacja społeczno-ekonomiczna i niemieckie zagrożenie spowodowały, że górę w rządzie wzięli zwolennicy etatyzmu (umacniania własności państwa w gospodarce i regulowania życia gospodarczego środkami administracyjnymi). Twórca Gdyni, wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski, przekonywał, że nakręceniu koniunktury gospodarczej posłużą bezpośrednie inwestycje państwa (głównie w przemysł obronny). Tu intencje Kwiatkowskiego, który w 1936 roku opracował i przedstawił sejmowi 4-letni plan inwestycyjny, były zbieżne z zamierzeniami dowództwa armii, przygotowującego 6-letni plan rozbudowy sił zbrojnych.

W planie Kwiatkowskiego z lutego 1937 r. większość środków kierowano bowiem na budowę COP. Pomysłodawca nawiązał do wysuniętej w 1928 roku idei rozwoju przemysłu wojennego w widłach Wisły, Sanu i Dunajca — w tzw. trójkącie bezpieczeństwa (znaczna odległość od granicy z Niemcami i sowiecką Rosją). Ale wówczas taka myśl nie zyskała uznania Piłsudskiego — i to wystarczyło, by poszła do lamusa. Dopiero zagrożenie ze strony zachodniego sąsiada przekonało rząd i sejm do koncentracji inwestycji. Jasno określono cele: szybkie wzmocnienie zdolności obronnej państwa, stworzenie podstaw dynamicznego uprzemysławiania kraju i pobudzenie obszarów dotychczas biernych gospodarczo.

Położenie COP między rozwiniętą Polską A a zacofaną Polską B miało zapewnić rynek zbytu dla płodów rolnych wschodniej Polski i wyrobów przemysłowych z obszarów zachodnich i centralnych oraz przyczynić się do scalenia połaci kraju niedawno rozdzielonej zaborczym kordonem. Lokalizację uzasadniano też zasobami surowcowymi (kamień drogowy i budowlany, rudy żelaza, wapień, glinka ceramiczna, ropa naftowa i gaz). COP podzielono na regiony: A — surowcowy: kielecki, B — aprowizacyjny: lubelski i C — przemysłu przetwórczego: sandomierski.

Na wyścigi

Realizacja inwestycji w COP gnała w niebywałym tempie. Fabrykę Obrabiarek w Rzeszowie zbudowano zgodnie z terminarzem: w kwietniu 1937 r. rozpoczęto budowę hali fabrycznej, w lipcu ją zakończono, a w grudniu wykonano pierwszą partię produktów. Podobny pośpiech odnotowano w Zakładach Południowych w Stalowej Woli: „20 marca 1937 r., w lesie, w miejscu, w którym się obecnie znajdujemy, ścięto pierwszą sosnę i rozpoczęto przygotowania do budowy terenu. Od tego czasu do dnia dzisiejszego upłynęło 26 miesięcy i 26 dni. Na miejscu stoją potężne zakłady, dymią kominy, huczą młoty, warczą maszyny, pracuje kilka tysięcy obywateli Rzeczypospolitej nad podniesieniem obronności i niezależności gospodarczej — powstaje nowożytne miasto (...). Wszystkie przewidywane planem działy są już uruchomione i pracują o rok wcześniej, niż opiewały umowne terminy” — stwierdzał, zwracając się do prezydenta Ignacego Mościckiego, podczas ceremonii poświęcenia zakładów 14 czerwca 1939 roku, wiceminister spraw wojskowych, generał Aleksander Litwinowicz.

Po dwóch latach od początków COP Melchior Wańkowicz mógł w książce-reportażu opisać główne budowy okręgu: zaporę w Rożnowie, regulację Wisły od Oświęcimia do Sandomierza, Stalową Wolę, fabrykę silników lotniczych PZL i fabrykę obrabiarek Cegielskiego w Rzeszowie, Fabrykę Gum Jezdnych Stomil w Dębicy, nowe gazociągi, fabrykę celulozy w Niedomicach, fabrykę związków azotowych w Mościcach pod Tarnowem, bekoniarnię w Dębicy... Tylko dla obronności państwa wzniesiono aż 21 nowych zakładów, lokowanych w oddaleniu od miast. Same obiekty stawały w rozproszeniu, by być trudniejszym celem dla ataku lotniczego.

Decyzja o budowie COP wiązała się również z polityczno-propagandowymi zamiarami „rządu pułkowników”. Pogrobowcy Piłsudskiego nie zdobyli się na podział władzy z opozycją w obliczu zagrożenia państwa. Woleli jednać sobie społeczeństwo chwytliwymi propagandowo wizjami. Idea COP była znakomitą okazją. Celów tych Kwiatkowski zresztą nie ukrywał, głosząc: „Oto, w obliczu pracy dokonywanej np. w okręgu centralnym, staliśmy gromadnie obok siebie: polscy narodowcy i polscy demokraci, ludzie o umysłowości inteligenckiej, chłopskiej, robotniczej, proletariusze i konserwatyści, opozycjoniści z profesji i prorządowcy z fachu, biurokraci, etatyści i liberałowie gospodarczy — i ulegliśmy wszyscy razem wstrząsowi patriotycznemu i upojeniu z powodu imponujących rezultatów twórczej i zgodnej pracy polskiej. Byliśmy sobie bliscy i wiedzieliśmy, że 90 procent poglądów w dzisiejszym świecie mobilizacji narodowej łączy nas, nie dzieli”.

Skutki

Czy COP spełnił nadzieje? Sam Kwiatkowski przyznał po wojnie: „Żałowałem już wówczas, że nie zostałem wezwany do dzieła o dwa lata wcześniej, bylibyśmy w nieco innej sytuacji materialnej w 1939 roku. Ale stało się. Przeszłości skorygować nie można”.

Świeżo wybudowane fabryki nie zdążyły już wpłynąć na stan uzbrojenia polskiej armii ani osiągnąć pełnych zdolności produkcyjnych. Ale stworzono 100 tys. nowych miejsc pracy, a ponadto wiele tysięcy ludzi miało okazję poprawić sytuację materialną, wynajmując się dorywczo podczas prac budowlanych. Choć nie brakowało rozczarowań.

Jerzemu Ostrowskiemu, reporterowi tygodnika „Prosto z mostu”, w 1938 roku rozgoryczeni chłopi spod Rzeszowa skarżyli się, że do regulacji Sanu zatrudniano rzekomo lepiej obeznanych z wodą Poleszuków zamiast miejscowych, a przy budowie hut milej widziano robotników ze Śląska. Ale i miejscowym też udawało się „załapać” na wielkie budowy COP-u. „W pewnej wsi zatrzymujemy auto, koło chłopa, który przyniósł wypłatę, zbiera się gromada. Czemu się tak przypatrują? Przypatrują się pięćdziesięciozłotówce. Jeszcze takiego banknotu nie widziała wieś Buzka i Koseły, wieś «kraju zapomnianego od Boga», który teraz poczyna przodować w Polsce” — pisał w „Sztafecie” Wańkowicz.

Dobry efekt gospodarczy COP-u był jednak ograniczony terytorialnie i nie był w stanie raptem wydatnie poprawić sytuacji gospodarczej całego kraju.

Dla nas

Czy zatem wyrzucono pieniądze w błoto? Idea Kwiatkowskiego spotyka się dziś z krytyką, zwłaszcza liberałów. Janusz Korwin-Mikke sarka, że Gdynia i COP niewiele różniły się od wielkich budowli socjalizmu w Sowietach — tak samo były niewydolne, kosztowne, wymyślone nie przez rynek, ale za biurkiem rządowego dygnitarza — z powodów militarnych. I że na nic się podczas wojny nie przydały i do dziś, zwłaszcza COP z jego zbrojeniówką, stanowią kulę u nogi naszej gospodarki.

Ekonomista Paweł Szałamach stwierdza, że budowa COP, jak każda arbitralna decyzja władz państwowych o takiej a nie innej lokalizacji, była nieracjonalna i uzasadniona względami jedynie polityki obronnej. COP tworzono dla obrony przed Niemcami albo Rosją Sowiecką. Ale obaj agresorzy uderzyli naraz. No i okręg zbudowano dla Niemiec! Na przykład dębicki Stomil przejął w czasie okupacji niemiecki koncern Continental Gummiwerke.

Fakt, Kwiatkowski nie był prorokiem, nie przewidział dokładnej daty wybuchu wojny, ale doświadczenie gospodarcze podpowiadało mu, że — wzorem Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii — inwestycje państwowe w przemysł, zwłaszcza w zbrojenia, rozkręcą gospodarkę. Zresztą wokół hut i stalowni rosły zakłady zgoła niemilitarnych branż. Wspomniana bekoniarnia w Dębicy dała początek powojennym potentatom przemysłu spożywczego. Opony w Dębicy nadal powstają, uruchomione w 1938 roku w Dwikozach między Zawichostem i Sandomierzem zakłady przemysłu owocowo-warzywnego nadal produkują... itd., itp.

Szczęśliwie zdecydowana większość obszaru COP znalazła się w granicach powojennej Polski. Zakłady Południowe w Stalowej Woli tuż po wojnie zatrudniały prawie 3 tys. osób, a ich następczyni — Huta Stalowa Wola — w 1989 roku miała ponad 24 tys. pracowników. Miasto urosło z 5 tys. w 1945 roku do 73 tys. mieszkańców obecnie. Huta przeżywa teraz trudne chwile — jak cały przemysł ciężki — lecz bez COP-u nie byłoby w tym regionie ani tradycji przemysłowych, ani specjalistycznej kadry, która w Mielcu czy Świdniku jest dziś brana pod uwagę na przykład przez amerykańskie firmy, lokujące zamówienia w ramach umów offsetowych w sektorze lotniczym.

Idea Kwiatkowskiego nie poszła zupełnie na marne. W końcu dowiódł, że rządowa troska o redukcję bezrobocia i modernizację kraju nie musi być frazesem. Jak niekiedy w III Rzeczypospolitej.

Zabrakło mu — i Polsce — jedynie czasu.

Możesz zainteresować się również: