Minister pracy dała marchewkę, by przepchnąć powszechnie krytykowaną reformę OFE. Tylko że zgniłą
Możliwość jednorazowej wypłaty dla emerytów ma zasłonić demontaż systemu emerytalnego — grzmią eksperci.
Dużo słów o podwyższeniu emerytur i wolności wyboru dla przyszłych emerytów. Tylko kilka o problemach budżetu — tak przebiegała konferencja Jolanty Fedak, minister pracy i polityki społecznej, na której prezentowała założenia zmian w systemie wypłat z OFE.
— 10 lat to dostatecznie długi okres, by krytycznie spojrzeć na reformę emerytalną i wyeliminować to, co źle działa. Zachowujemy to, co najlepsze: indywidualne konta, i to, że wysokość emerytury zależy od wysokości składki i długości opłacania. OFE część składki będą w dalszym ciągu inwestowały na rynku kapitałowym. Chcemy za to uelastycznić podejście do wypłat i dać możliwość jednorazowej wypłaty osobom przechodzącym na emeryturę. Niech każdy sam zdecyduje, co chce zrobić z pieniędzmi — mówi Jolanta Fedak.
Odciąganie uwagi
Koncepcja resortu zakłada, że każdy, kto zgromadzi kapitał pozwalający na pobieranie dwukrotności minimalnej emerytury, będzie mógł nadwyżkę wypłacić jednorazowo lub przekazać na indywidualne konta emerytalne i odbierać przez co najmniej 10 lat (w tym drugim przypadku uniknie podatku). To zwrot o 180 stopni, bo do tej pory ministerstwo odrzucało wszelkie możliwości elastycznych wypłat, np. emerytury małżeńskiej. Eksperci nie mają wątpliwości, że zmiana stanowiska jest dobrze przemyślana.
— Do tej pory ministerstwo pracy mówiło, że emerytury będą niskie. Teraz mówi, że będą tak wysokie, że można pozwolić ludziom na wypłatę jednorazową. To jest próba uatrakcyjnienia projektu, by odciągnąć uwagę od sedna propozycji, którym jest zabranie składki z OFE i przesunięcie jej do ZUS — mówi Jeremi Mordasewicz, ekspert PKPP Lewiatan.
Drugim filarem koncepcji resortu pracy jest bowiem zmniejszenie składki płynącej do OFE z 7,3 do 3 proc. i przesunięcie jej do ZUS.
— W Szwecji do funduszy trafia 2 proc. Nie ma powodu, by u nas trafiała do nich jedna trzecia składki emerytalnej. Zmniejszenie składki poprawi bezpieczeństwo i uniezależni wysokość emerytur od wahań giełdowych. Wysokość emerytury nie może zależeć od tego, czy ubezpieczony przejdzie na nią w czasie hossy, czy bessy — przekonuje Jolanta Fedak.
Właśnie zmniejszenie składki jest — zdaniem ekspertów — tym, na czym zależy minister pracy i ministrowi finansów, który jest współautorem koncepcji. Niższa składka oznacza niższą refundację z budżetu (o około 13 mld zł rocznie), dzięki czemu oddalimy się od progów alarmowych dotyczących wielkości długu publicznego w relacji do PKB.
— Chodzi o przesunięcie obecnego długu w przyszłość — tłumaczy Wojciech Nagel, ekspert BCC.
— Bardzo dobrze, że ministerstwo chce dać możliwość dysponowania pieniędzmi emerytom. Szkoda tylko, że kosztem obniżenia składki. Nowy system premiuje osoby aktywne zawodowo i uniezależnia emerytury od budżetu. Zmiany sprawią, że wypłata emerytur znów będzie bardzo obciążała budżet i ulży mu tylko na chwilę — mówi Agnieszka Durlik-Khouri, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej.
— Minister finansów wybrał demontaż systemu emerytalnego zamiast reformy finansów publicznych — dodaje Jeremi Mordasewicz.
W rękach polityków
Zdaniem ekspertów, obniżenie składki to zabijanie reformy, za którą Polska jest powszechnie na świecie chwalona.
— To odejście w kierunku starego systemu. Po zmianach nie będzie już praktycznie systemu kapitałowego, bo ta część będzie tak nikła, że przestanie mieć wpływ na wysokość emerytury. To oznacza także wycofanie pieniędzy z rynku kapitałowego — mówi Agnieszka Durlik-Khouri.
— OFE z taką składką mają niewielki sens, bo ich wpływ na wysokość emerytury będzie niewielki. System trzeba poprawić, wiele jest do zmiany, ale nie wolno odchodzić od idei lokowania składki na rynku kapitałowym — dodaje Wojciech Nagel.
Resort pracy nie zdecydował jeszcze, czy 3 proc., które trafiałoby do OFE, lokowane będzie na dotychczasowych zasadach, czy limity inwestycyjne zostaną zmienione. W pierwszej wersji oznaczałoby to drastycznie mniej pieniędzy płynących na giełdę. W drugiej OFE stałyby się funduszami agresywnymi i w czasie bessy przynosiłyby jeszcze większe straty.
— Przesunięcie większości składki do ZUS oznacza, że wysokość przyszłych emerytur uzależniona będzie od waloryzacji, o której decydują politycy. Jeśli większa będzie presja ze strony młodych, pracujących, to waloryzacja będzie niska, a więc i takie emerytury. Jeśli zwycięży presja ze strony osób starszych, waloryzacja będzie wysoka, co oznacza duże obciążenia podatkowe dla pracujących — mówi Jeremi Mordasewicz.
Mity ministerstwa pracy
Jolanta Fedak, minister pracy, przekonuje, że obniżenie składki płynącej do OFE i przekazywanie większej części do ZUS…:
1 …zwiększy bezpieczeństwo emerytów, bo wysokość emerytury nie będzie uzależniona od sytuacji na rynku kapitałowym
W rzeczywistości system będzie mniej bezpieczny. Reforma z 1999 r. podzieliła składkę na dwie części: w ZUS, która uzależniona jest od kondycji budżetu, i w OFE, uzależnioną od rynku kapitałowego. Zmniejszenie składki płynącej do OFE, sprawia, że system staje się bardziej uzależniony od wypłacalności budżetu i obciąża go w długim terminie wypłatą emerytur.
2 …podwyższy przyszłe emerytury, bo ochroni wysokość emerytury przed bessą, która może poprzedzić okres przejścia na emeryturę
Pieniądze gromadzone w ZUS podlegają waloryzacji — jej wysokość uzależniona jest od poziomu średniej pensji, liczby pracujących i inflacji. Uniknięcie bessy oznacza też, że przyszłych emerytów ominie również hossa. Patrząc na dane historyczne średnia stopa zwrotu w OFE była wyższa od wskaźnika waloryzacji. Na dodatek wskaźniki się uzupełniały: w czasie hossy (2002-06 r.) OFE zarabiały 11-16 proc. przy waloryzacji 1,9-6,9 proc. Z koli w czasie bessy (2007-08) waloryzacja była wyższa niż średni wynik funduszy.
3 …nie wpłynie na rynek kapitałowy
Wpłynie, i to znacząco, bo do OFE napływać będzie mniej pieniędzy. W 2009 r. do OFE trafiło 20,9 mld zł — gdyby obowiązywała obniżona składka trafiłoby 8,6 mld zł. Około 1/3 fundusze wydają na akcje — niższa składa oznaczałaby więc napływ na GPW 2,6 mld zł, a nie 6,3 mld zł.